Marek powtórzył w poniedziałek na zebraniu tekst, przy którym w piątek cały stół śmiał się z Justyny. Te same słowa, ta sama kolejność, nawet ta sama pauza w środku. Cisza.
Nasuwa się najprostsze wyjaśnienie: Justyna po prostu „to ma", a Marek nie. Tyle że kiedy odtworzysz sobie ten piątek wolniej, zobaczysz coś innego. Justyna nie rzuciła tego zdania w próżnię. Nawiązała do tego, co dwie minuty wcześniej powiedział ktoś inny, siedziała przy stole z ludźmi, którzy jedzą razem obiady od roku, i mówiła o sytuacji, którą wszyscy właśnie przeżywali. Marek wyniósł z tego wszystkiego jedyną przenośną część, czyli słowa. A one są w dowcipie najmniej ważne.
Co gubi się po drodze
Dowcip nie jest tekstem, tylko wydarzeniem. Trzyma się na kilku rzeczach naraz: na tym, co padło chwilę wcześniej, na tym, kto mówi i jak biorą go pozostali, na tempie rozmowy i na nastroju ludzi wokół. Pożyczony tekst przenosi z tego jeden jedyny składnik, a co do reszty musi liczyć, że dopełni się sama.
Najwięcej gubi się na wyczuciu momentu. Zdanie Justyny padło wtedy, gdy rozmowa na sekundę się zacięła i wszyscy czekali, kto ją popchnie dalej. Marek wypuścił to samo zdanie w środek rozkręconej dyskusji o budżecie, gdzie nikt go nie potrzebował, a przede wszystkim nie było na nie miejsca. Ta sama treść, inna dziura.
Druga strata jest cichsza. Przy Justynie stół z góry przeczuwa, że może od niej przyjść riposta, więc słucha trochę inaczej i część roboty odwala za nią sam. Marka znają jako człowieka, który na zebraniu mówi o liczbach. Kiedy nagle wypada z niego puenta, pierwsze osoby jeszcze przełączają tryb, a zanim przełączą, jest już po wszystkim.
Do tego dochodzi wspólna historia. Każda ekipa, która spędza razem czas, w kilka miesięcy wyrabia sobie własny zapas odniesień: nieudany wyjazd integracyjny, zdanie, które kiedyś rzucił ktoś z zarządu, imię drukarki. Tekst zbudowany na tym zapasie jest wewnątrz grupy nie do odparcia, a poza nią niezrozumiały. Pożyczyć go to jak pożyczyć klucz do cudzego mieszkania.
Większość śmiechu nie należy do dowcipów
Robert Provine ze swoim zespołem latami nasłuchiwał, gdzie dokładnie ludzie się śmieją, i w książce z 2000 roku podsumował dwa ustalenia, które sporo zmieniają w tym obrazku. Śmiech jest w towarzystwie mniej więcej trzydzieści razy bardziej prawdopodobny niż w samotności. A większość śmiechu wcale nie następuje po dowcipie, tylko po całkiem zwyczajnym zdaniu w rodzaju „no to ja lecę" albo „gdzie ty byłeś?".
Śmiech jest więc w większej części sygnałem społecznym, a dopiero w drugiej kolejności oceną komicznego popisu. Ludzie śmieją się głównie dlatego, że są razem i się rozumieją. Kto to zlekceważy, próbuje wygrać konkurencję, w której prawie nikt nie startuje.
Dla każdego, kto chce być zabawniejszy, płynie z tego dość nieoczekiwany wniosek. Większa część roboty rozgrywa się nie w tym, co powiesz, tylko w tym, czy w ogóle przy tym jesteś. Człowiek, który przez godzinę milczy na imprezie, a potem wygłasza jedną dobrze zbudowaną puentę, ma wobec kogoś, kto cały czas normalnie gada o niczym, wyraźnie gorszą pozycję wyjściową.
Praktycznie wynika z tego rada, która brzmi prawie jak oszustwo. Najszybsza droga do tego, żeby ludzie zaczęli brać cię za zabawną osobę, nie prowadzi przez lepsze teksty, tylko przez to, że będziesz lepszą publicznością. Kto śmieje się z cudzej puenty pełną piersią, a przede wszystkim w porę, dostaje od otoczenia miejsce na swoją. Kto cudze dowcipy przykrywa własnymi, ten to miejsce stopniowo traci, nawet jeśli jego są obiektywnie lepsze.
Poczucie humoru to w dużej mierze umiejętność
Teraz ta lepsza wiadomość. Gil Greengross i Geoffrey Miller w 2011 roku dali mniej więcej czterem setkom studentów zadanie wymyślania zabawnych odpowiedzi i podpisów, a potem kazali je niezależnie ocenić. Zdolność tworzenia zabawnych odpowiedzi wiązała się z inteligencją ogólną i werbalną.
Nie znaczy to, że zabawni ludzie są mądrzy, a reszta ma pecha. Znaczy coś praktyczniejszego: tworzenie humoru jest operacją poznawczą. Ma wejścia, ma kroki i ma wynik, da się ją wykonać szybko albo wolno, lepiej albo gorzej. A to, co ma kroki, da się ćwiczyć, nawet jeśli z zewnątrz wygląda na błysk znikąd.
Uczciwy dopisek też się tu należy. Ćwiczeniem nikt nie zrobi z siebie zawodowego komika i różnice między ludźmi zostaną. Przesunąć się można jednak sporo, bo większość osób nigdy nie spróbowała nawet najprostszych rzeczy i od razu odpuściła, uznając, że humor to dar.
Trzy rzeczy, które da się ćwiczyć
Czujność na absurd zwykłego dnia
Zabawni ludzie nie wymyślają więcej niż inni, tylko więcej rzeczy zauważają. Absurd jest wokół nas rozsypany w gęstości, której zwykły dzień nawet nie nadąża rejestrować. W sali konferencyjnej od wiosny wisi plakat o otwartej komunikacji, a pod nim grafik, kto ma prawo rezerwować salę. To gotowy materiał, wystarczy go zobaczyć.
Ćwiczenie jest nudne i działa. Przez tydzień zapisuj sobie co wieczór jedną rzecz, która do siebie nie pasowała. Nie dowcip, tylko spostrzeżenie. Po kilku dniach zauważysz, że ta drobna niespójność zaczyna zgłaszać się sama w chwili, gdy się dzieje, a to dokładnie ten moment, w którym da się z niej coś zrobić na głos.
Pauza przed puentą
Początkujący wysypuje puentę, bo boi się, że ktoś mu w nią wskoczy. Doświadczony opowiadacz robi przed nią pół sekundy ciszy. Ta pauza robi dwie rzeczy naraz: daje słuchaczowi czas, żeby sam doszedł o krok dalej, więc połowę roboty odwala jego własna głowa, a jednocześnie pokazuje, że mówiący panuje nad sytuacją.
Z tej samej logiki bierze się najczęstszy błąd. Kto zaczyna się śmiać jeszcze przed puentą albo zapowiada ją zdaniem, że teraz będzie coś dobrego, ten sam podnosi sobie poprzeczkę, a potem przechodzi pod nią. Najlepsze riposty mówi się tonem, jakby nic szczególnego się nie działo.
Z pauzą wiąże się też długość. Zdecydowana większość nieudanych opowieści nie przewraca się na złej puencie, tylko na tym, że droga do niej trwała o trzydzieści sekund dłużej, niż powinna. Sprawdzić to można prosto: weź historię, którą opowiadasz często, i następnym razem wytnij z niej wszystkie dopowiadające wtręty. Wyjdzie ci krótsza wersja, przy której ludzie śmieją się bardziej, bo ostatnie słowo zdania jest wreszcie tym, na którym zależy.
Callback
Najtańsza technika ze wszystkich i prawie nikt nie stosuje jej świadomie. Callback oznacza powrót do czegoś, co padło wcześniej, spokojnie pół godziny temu, i użycie tego ponownie w zupełnie innym kontekście.
Na początku zebrania ktoś się poskarżył, że projektor od miesiąca świeci na różowo. Czterdzieści minut później zatwierdza się nową identyfikację wizualną, a Marek tylko zauważa, że kolor i tak ustali projektor. Sama w sobie nie jest to żadna puenta. Działa dlatego, że mówi „byłem tu z wami cały czas", i dokładnie o takim sygnale społecznym pisał Provine.
Callback ma jeszcze jedną zaletę. Nie wymaga wymyślania nowego materiału, pracuje na surowcu dostarczonym przez publiczność. Dla kogoś, kto uważa, że nic nie wymyśli, to najłatwiejszy sposób, żeby włączyć się w humor w pokoju.
Czego natomiast nie ma sensu trenować
Istnieją trzy ślepe uliczki, w które wchodzi prawie każdy, kto postanowi być zabawniejszy. Wszystkie na pierwszy rzut oka wyglądają rozsądnie i wszystkie prowadzą do tego samego wyniku, czyli do tego, że po kilku próbach człowiek przestaje się starać w ogóle.
| Ślepa uliczka | Dlaczego wygląda na dobry pomysł | Co się dzieje |
|---|---|---|
| Cudze teksty | Ten tekst ewidentnie zadziałał, więc czemu nie użyć go ponownie. | Brakuje mu kontekstu, mówiącego i momentu. W lepszym wypadku cisza, w gorszym wrażenie, że ktoś stroi się w cudze piórka. |
| Humor przeciw publiczności | Reakcja przychodzi natychmiast i jest głośna, więc wygląda na sukces. | Śmiech czyimś kosztem podnosi napięcie w całej grupie. Pozostali wyliczają sobie, że następnym razem mogą być na tapecie, i zaczynają się pilnować. |
| Dowcip za wszelką cenę | Kto rzuci dziesięć tekstów, choć raz trafi. | Dziewięć nieudanych prób zmęczy otoczenie, zanim dojdzie ten dziesiąty. W dodatku znika zdolność mówienia serio, kiedy jest taka potrzeba. |
Przy środkowej pozycji warto się zatrzymać, bo łatwo ją odczytać jako moralizowanie. Ostry humor nie jest wadą charakteru, a między ludźmi, którzy sobie ufają, dogryzanie działa jako oznaka bliskości. Różnicy nie robi intencja, tylko to, jak pewnie czuje się w danej chwili ten drugi. Pożyczenie ostrego rejestru jako techniki, kiedy nie ma się pod nim zbudowanego zaufania, to najszybsza droga do kłopotów.
Do tej samej kategorii należy jeszcze jeden odruch: ratowanie dowcipu, który nie wyszedł. Tłumaczenie puenty nigdy jej nie naprawi, tylko przedłuży niezręczną chwilę i dołoży do porażki zażenowanie. Nieudany tekst, po którym po prostu mówi się dalej, znika w dwie sekundy i nikt go nie zapamiętuje. Ten sam tekst, po którym pada zdanie „to było o tym, jak wczoraj…", zostaje w sali do końca spotkania.
Może nie jesteś niezabawny, tylko grasz cudzy rejestr
Tu dochodzimy do tego, co w całej sprawie najczęściej umyka. Większość ludzi, którzy twierdzą o sobie, że nie są zabawni, ma na myśli jedną konkretną sytuację: nie potrafią bawić stołu. Tyle że bawienie stołu to tylko jedno z czterech podstawowych ustawień humoru i akurat to najbardziej widoczne.
Badania Roda Martina z 2003 roku podzieliły humor według dwóch niezależnych osi, czyli według tonu i według tego, dokąd dowcip celuje. Wychodzą z tego cztery ustawienia: humor jednoczący, który spaja ekipę, pokrzepiający dystans, którym człowiek pomaga sam sobie we własnej głowie, cięty humor z ostrzem oraz autoironiczne ustawienie, w którym celem jest opowiadający. Nikt nie jest tylko jednym z nich, chodzi raczej o mieszankę i o to, które ustawienie ma się wyćwiczone. Dokładniej cały podział rozkłada na czynniki przegląd czterech stylów humoru.
Introwertyk, który próbuje kopiować kolegę rozkręcającego całą knajpę, zwykle nie walczy więc z brakiem humoru. Walczy z tym, że gra cudze ustawienie. Jego własny rejestr może być suchą uwagą rzuconą w cztery oczy, którą ktoś jeszcze następnego dnia się bawi, albo umiejętnością zrobienia historii z własnej wpadki. Na pełny stół to nigdy nie zadziała i nie musi.
Rolę gra też liczba ludzi. Humor dla sześciu osób przy stole potrzebuje głosu, tempa i odwagi, żeby wejść w rozpędzoną rozmowę. Humor dla dwojga potrzebuje dokładnie odwrotnie, czyli uwagi na szczegół i umiejętności poczekania. To na tyle różne dyscypliny, że można być w jednej świetnym, a w drugiej poniżej średniej, i nic z tego o człowieku nie wynika. Większość samoocen w rodzaju „nie jestem zabawny" powstaje przy tym wyłącznie w tej pierwszej sytuacji.
Zapytaj sam siebie szczerze: kiedy ostatni raz kogoś rozśmieszyłeś, wcale się o to nie starając? Nie na imprezie, tylko choćby w samochodzie, przy kolacji albo na firmowym czacie. Ta sytuacja mówi o twoim rejestrze więcej niż wszystkie imprezy, na których czułeś się niewidzialny. Związkom między charakterem a tym, z czego kto się śmieje, poświęcony jest osobny tekst o tym, co zdradza poczucie humoru.
Jeśli chcesz wiedzieć, które z tych czterech ustawień masz u siebie wyćwiczone, a które leży odłogiem, orientacji dostarczy ci test stylów humoru. Wynik potraktuj jako punkt wyjścia do obserwacji, nie jako etykietę. Wyćwiczone ustawienie to nawyk, nie wyrok, a z nawykiem da się pracować.
Co wydarzyło się trzy tygodnie później
Poszerzenie rejestru to co innego niż przeuczanie się na kogoś innego. Oznacza dołożenie jednego ustawienia do tych, które już działają, i zostawienie reszty w spokoju. Kto umie suchą uwagę, może spróbować callbacku. Kto przywykł zjeżdżać sam siebie, może raz na jakiś czas zostawić cel pusty i po prostu zauważyć absurd dookoła.
Marek przestał powtarzać cudze teksty. Zamiast tego przez trzy tygodnie zapisywał swoje drobne spostrzeżenia w notatkach w telefonie i nic z nimi nie robił. Na jednym listopadowym zebraniu, kiedy po raz trzeci roztrząsano, kto dostarczy materiały, rzucił jedno zdanie o tym, że materiały najwyraźniej pracują na pół etatu. Dwie osoby się zaśmiały, jedna to sobie zapisała, a zebranie poszło dalej.
Ciekawsze jest to, co nastąpiło potem. Kiedy Justyna zapytała go po południu, co on właściwie powiedział, nie potrafił tego powtórzyć. Tamto zdanie należało do tamtej środy, do tamtej trzeciej rundy przepychanek i do tamtych dwóch osób, i nigdzie indziej nie dało się go przenieść.

Česky
Slovensky
English
Polski
Deutsch
Español
Magyar
Italiano
Português
Nederlands
Română