Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Osobowość i samopoznanie / Poczucie humoru: dlaczego każdy ma je inne
Osobowość i samopoznanie

Poczucie humoru: dlaczego każdy ma je inne

„Nie masz poczucia humoru" prawie nigdy nie znaczy, że ktoś się nie śmieje. Co wiemy o śmiechu i dlaczego rejestrów humoru jest kilka.

Marek twierdzi, że Justyna nie ma poczucia humoru. Justyna myśli dokładnie to samo o Marku. On przy stole dogaduje, rozdaje przezwiska i najlepiej się bawi wtedy, kiedy ktoś odbije mu piłeczkę; ona opowiada powolne historie, w których główną rolę gra jej własna kompromitacja, a docinki Marka wydają jej się niepotrzebnym dziobaniem.

Żadne z nich nie opisuje przy tym rzeczywistości. Zdanie „nie ma poczucia humoru" prawie nigdy nie znaczy, że ktoś się nie śmieje. Znaczy, że nie śmieje się z tego, z czego ty, albo że śmieje się inaczej, niż przywykłeś. Ludzi bez humoru jest mało. Ludzi z innym rejestrem jest pełno.

Śmiech, który nie ma nic wspólnego z dowcipami

Za tym nieporozumieniem stoi też to, jak mało zwykle wiemy o samym śmiechu. Psycholog Robert Provine ze swoim zespołem przez lata podsłuchiwał, kiedy ludzie śmieją się w zwykłych sytuacjach: na chodniku, w sklepie, na korytarzu przed wykładem. Wyniki podsumował w książce Laughter (2000) i jeden z nich warto zapamiętać. Zdecydowana większość śmiechu nie następuje po dowcipie, tylko po całkiem zwyczajnym zdaniu w rodzaju „no to do następnego razu" albo „a gdzie ty właściwie byłeś".

Drugie odkrycie jest jeszcze mniej intuicyjne. Śmiech jest mniej więcej trzydzieści razy bardziej prawdopodobny w towarzystwie niż w samotności. Działa więc głównie jako sygnał społeczny, a nie jako recenzja materiału. Śmieszne jest to, co między konkretnymi ludźmi w konkretnej chwili śmieszne się stanie.

Wynika z tego sporo. Kiedy oceniasz czyjeś poczucie humoru, nie mierzysz jakości jego dowcipów, tylko to, na ile jego sposób obchodzenia się z humorem spotyka się z twoim. I tu otwiera się przestrzeń na pomyłki, bo sposobów jest więcej niż jeden.

Cztery rejestry zamiast jednej cechy

Kanadyjski psycholog Rod Martin z kolegami zaproponował w 2003 roku model, który podzielił humor według dwóch niezależnych pytań. Po pierwsze: czy ten humor jest życzliwy, czy ma ostrze? Po drugie: celuje na zewnątrz w innych, czy do wewnątrz w ciebie samego? Skrzyżowanie obu pytań daje cztery style, które u jednej osoby da się mierzyć osobno.

Styl Dokąd celuje Jak wygląda w praktyce Do czego się przydaje Gdzie się psuje
Jednoczący Na zewnątrz, do ludzi, życzliwie. Anegdota ze wspólnego przeżycia, uwaga, która rozrusza zaciętą naradę, wciągnięcie nowej osoby do rozmowy. Najszybszy sposób na zdobycie zaufania i zbicie napięcia w pomieszczeniu. Kiedy dobry humor staje się obowiązkiem, trudny temat otwiera się gorzej, a własny kiepski dzień nie ma gdzie się podziać.
Pokrzepiający Do wewnątrz, do siebie, życzliwie. Spóźniony pociąg albo popsuta prezentacja w kilka chwil przewracają się w anegdotę, którą na razie opowiadasz tylko sobie. Dystans, który robisz sam, kiedy nastroju nie uratuje nikt inny. To, co od razu przewraca się w żart, może nie zdążyć zostać przeżyte. Niektóre rzeczy mają zostać nieprzyjemne, dopóki się nie rozwiążą.
Cięty Na zewnątrz, na cudzy rachunek. Uszczypliwy komentarz, przezwisko, które się przyjmuje, dogadywanie między ludźmi, którzy odbijają je sobie nawzajem. Nazywa to, co wszyscy widzą, a nikt nie mówi. Wśród bliskich działa jak dowód zaufania. O tym, czy docinek połączy, czy zetnie, decyduje nie twoja intencja, tylko to, jak pewnie ten drugi akurat się czuje.
Autoironiczny Do wewnątrz, na własny rachunek. Własną wpadkę opowiadasz wcześniej i barwniej, niż zdążyłby wyciągnąć ją ktoś inny. Rozbraja. Kto sam zajmie miejsce celu, nie wypada z góry, a inni nie muszą przy nim uważać. Otoczenie przyzwyczaja się, że jesteś tym, z którego można, a prawdziwe kłopoty giną potem między żartami.

Nie chodzi o cztery typy ludzi. Chodzi o cztery niezależne skale, na których każdy ma jakąś wartość, i dopiero ich proporcja tworzy to, co nazywamy rejestrem. Ktoś ma wysoko jeden styl, a resztę nisko, ktoś inny przeskakuje między dwoma, a jeszcze inni sięgają zależnie od sytuacji po wszystkie cztery. Jak poszczególne pozycje wyglądają z bliska i co znaczy mieć je w różnych zestawieniach, rozbiera tekst o czterech stylach humoru.

A teraz z powrotem do Marka i Justyny. On ma wysoko styl cięty, ona autoironiczny. Oboje śmieją się tak samo chętnie i tak samo często, tylko każde z innego materiału. Marek czeka, aż Justyna odbije mu docinek, a ona zamiast tego opowiada, jak na wakacjach pomyliła hotel. On czyta to jako zmianę tematu, ona jego dogadywanie jako atak. Nikt z nich nie jest niezabawny i żadne z nich o tym drugim tego nie wie.

Zabawny czy wdzięczna publiczność?

W jedno pojęcie mieszczą się w dodatku dwie różne zdolności. Pierwsza to tworzenie: wymyślić śmieszne zdanie, wyczuć moment i opowiedzieć historię tak, żeby miała tempo. Druga to docenianie, czyli umiejętność złapania aluzji, zrozumienia przesady i śmiania się z tego, co wymyślił ktoś inny. Kiedy mówisz o kimś, że ma poczucie humoru, zwykle masz na myśli tę pierwszą połowę, a sam oceniasz go głównie przez tę drugą.

Że są to rzeczy osobne, pokazały między innymi badania nad humorem i atrakcyjnością. Bressler i Balshine (2006) stwierdzili, że przy wyborze partnera obie połowy nie zachowują się tak samo: dla jednych istotne jest, żeby ten drugi żartował, dla innych, żeby doceniał ich żarty. To nie jest więc jedna cecha, którą dałoby się ustawić od najmniejszej do największej.

Praktycznie wynika z tego, że cichy człowiek, który przy stole prawie się nie odzywa, może mieć tę drugą połowę rozwiniętą znakomicie. Nie zaśmiał się głośno i nic nie wymyślił, więc paczka orzeka, że jest nudny. A tymczasem wyłapał każdą aluzję i bawił się być może lepiej niż ten, kto przez cały wieczór miał głos.

Z czym poczucie humoru się wiąże

Kiedy humor rozpadnie się na cztery skale, można sensownie pytać, z czym trzyma się każda z nich. Najściślej wychodzi to przy stylu jednoczącym i towarzyskości. Badania wielokrotnie łączą humor kierowany do ludzi z ekstrawersją, czyli z tym, jak bardzo obecność innych kogoś ładuje. Ma to sens już z samej definicji, bo ten styl bez publiczności w ogóle nie powstanie.

Humor pokrzepiający jest za to w dużej części cichy i z towarzyskością wiąże się dużo luźniej. Może go mieć również ktoś, kto przez cały wieczór powie pięć zdań, a przez ten czas w głowie komentuje absurd sytuacji. Właśnie dlatego ten styl w potocznej ocenie poczucia humoru prawie nigdy się nie pojawia. Nie widać go.

Drugie powiązanie prowadzi do ugodowości, czyli do tego, na ile ktoś automatycznie bierze pod uwagę innych. Życzliwe style idą z nią w parze, cięty humor bywa częstszy u ludzi, którzy w ugodowości wypadają niżej. To jednak nie jest wyrok. Ostrze to narzędzie, a w paczce, gdzie wszyscy sobie ufają, a docinki chodzą w obie strony, trzyma ludzi razem równie pewnie jak cokolwiek innego.

Zespół Martina w 2003 roku opisał jeszcze jedno powiązanie, tym razem z ogólnym samopoczuciem. Oba życzliwe style wiążą się z nim pozytywnie, autoironiczny odwrotnie. To korelacja, a nie przyczyna: z tego, że często robisz sobie z siebie żarty, nie wynika, że masz się źle, ani na odwrót. Znaczy raczej tyle, że przy tym stylu warto zwrócić uwagę, ile miejsca zajmuje i czy nie został jedynym sposobem, w jaki o sobie mówisz.

Najczęściej jednak humor łączy się z inteligencją. Greengross i Miller w badaniu z 2011 roku kazali mniej więcej czterystu studentom wymyślać zabawne podpisy i odpowiedzi, a umiejętność wpadnięcia na coś naprawdę śmiesznego korelowała z inteligencją ogólną i werbalną. Zależność między tempem, językiem a śmiechem rozbiera osobny artykuł o tym, czy zabawni ludzie są mądrzejsi.

Proste sądy psuje jeszcze jedna okoliczność: rejestr zmienia się razem z otoczeniem. Ten sam człowiek bywa na naradzie wyraźnie ostrożniejszy niż wśród trzech kolegów, których zna od dwudziestu lat, a w domu jedzie inną pozycję niż w barze. Kto zna kogoś z jednego tylko kontekstu, widzi wycinek jego rejestru i po nim sądzi całość. Stąd bierze się zaskoczenie, kiedy milkliwy kolega okazuje się na firmowej imprezie kimś zupełnie innym.

Ile w tym charakteru, a ile nawyku

Tu bywa największe nieporozumienie. Poczucie humoru bierze się zwykle za coś, z czym człowiek się rodzi: albo to ma, albo nie. Prawda jest nudniejsza i jednocześnie bardziej użyteczna. Jakiś udział mają skłonności charakteru, które łączą się z humorem, tyle że sam rejestr jest w dużej części wyuczony, i to głównie w rodzinie oraz w paczce, w której dorastałeś.

W domu, gdzie wszystko załatwia się komentarzem, dziecko uczy się komentować. W rodzinie, gdzie ostrzejsza uwaga oznaczałaby trzy dni ciszy, uczy się robić żarty z siebie albo opowiadać historie. Do dwudziestki człowiek ma tyle powtórzeń w nogach, że odpowiedź wskakuje mu wcześniej, niż zdąży ją wybrać. Stąd poczucie, że chodzi o charakter.

Styl humoru jest więc raczej nawykiem niż wyrokiem, a z nawykami da się pracować. Nie znaczy to, że z suchego ironisty zrobi się kawalarz. Znaczy, że rejestr można poszerzyć o pozycję, której na razie prawie nie używasz, i że da się świadomie wybierać, kiedy sięgnąć po ostrze, a kiedy nie. Temu, co z tego można trenować, a czego nie, poświęcony jest tekst o tym, czy humoru da się nauczyć.

Markowi z Justyną wystarczyłoby przy tym niewiele. Gdyby on wiedział, że jej historia o pomylonym hotelu to zaproszenie do wspólnego śmiechu, a nie manewr wymijający, dołączyłby zamiast kolejnego docinka. Gdyby ona wiedziała, że dogadywanie jest w jego rodzinie sposobem na powiedzenie „lubię cię", nie brałaby tego za zarzut. Charakteru nie musiałoby zmieniać żadne z nich, wystarczy odczytać ton tego drugiego.

Zmiana nie zaczyna się przy tym od dowcipów, tylko od uważności. Większość ludzi nie ma pojęcia, jakiego rejestru właściwie używa, bo humor jedzie na autopilocie, a informacji zwrotnej do niego człowiek prawie nie dostaje. Trafiony zwykle śmieje się razem z innymi, nawet jeśli go zabolało, i nikt ci nie powie, że twoja historia o własnej głupocie za piątym razem brzmiała inaczej niż za pierwszym.

Na co zwracać uwagę u siebie

Własny rejestr da się oszacować z trzech rzeczy, które można obserwować bez żadnej ankiety. Pierwsza to kiedy właściwie się śmiejesz. W towarzystwie, czy również sam nad mailem? Kiedy jest ci dobrze, czy głównie wtedy, gdy jest najgorzej? Kto śmieje się przede wszystkim w tarapatach, ma najpewniej mocno rozwiniętą pozycję pokrzepiającą, choćby nigdy nie powiedział o sobie, że jest zabawny.

Druga rzecz to na czyj rachunek ten śmiech się odbywa. Spróbuj przejść wstecz jeden wczorajszy wieczór i policzyć, ile żartów celowało w kogoś obecnego, ile w ciebie, a ile w nikogo konkretnego. Ta ostatnia liczba bywa u większości ludzi najniższa, co samo w sobie jest ciekawym odkryciem.

Trzeci sygnał jest najcichszy i zarazem najpewniejszy: jak się czujesz dziesięć minut później. Po żarcie jednoczącym bywa człowiekowi dobrze i jest bliżej innych. Po dobrze wymierzonym docinku przychodzi krótka euforia, którą czasem zmienia nieprzyjemne echo. A po serii żartów z samego siebie pojawia się niekiedy odczucie, które da się opisać jako lekką pustkę, choć wszyscy bawili się świetnie.

Szczere pytanie na koniec tej części: kiedy ostatnio zrobiłeś żart, z którego sam wewnętrznie się nie śmiałeś, ale powiedziałeś go, bo tego się po tobie spodziewano? Większość ludzi przypomni sobie szybko. Właśnie takie momenty pokazują, gdzie rejestr przestał już być wyborem, a stał się rolą.

Jeśli po tej obserwacji chcesz doprecyzować proporcję czterech stylów, orientację da ci krótki test stylów humoru. Pyta o zwyczajne sytuacje, wynikiem jest proporcja wszystkich czterech skal, a bierz go jako punkt wyjścia do własnej uważności, nie jako etykietę.

Tydzień, który powie o tobie więcej niż każda autorefleksja

Wypróbuj przez siedem dni jedno ćwiczenie. Za każdym razem, kiedy w ciągu dnia naprawdę się roześmiejesz, zapisz sobie w notatkach dwa słowa: kto był celem i kto był przy tym. Nic więcej, żadnej oceny, tylko te dwa słowa. Po tygodniu zbierze ci się dwadzieścia do pięćdziesięciu linijek.

Potem przejrzyj te linijki naraz. U większości ludzi wypada z tego jeden styl, który wyraźnie przeważa, i jeden, który nie pojawia się ani razu. Ciekawszy niż ten pierwszy jest właśnie ten brakujący, bo dokładnie tam w jakiejś sytuacji skończyły ci się narzędzia, a ty tego nie zauważyłeś. A potem spróbuj pomyśleć o Marku i Justynie następnym razem, kiedy usłyszysz o kimś, że nie ma poczucia humoru.

Polecany test

Wypróbuj Test stylów humoru

Czym bawisz siebie i świat wokół? Cztery style humoru i Twój miks.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Osobowość i samopoznanie

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności