Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Humor u dzieci: jak rozwija się poczucie humoru
Psychologia i dobrostan

Humor u dzieci: jak rozwija się poczucie humoru

Od zabawy w a kuku do ironii mija dziesięć lat. Z czego dziecko śmieje się na kolejnych etapach, czego się przy tym uczy i czego uczy je dom.

Kuba ma trzy lata i ma swój dowcip. Staje na środku salonu, ogłasza, że banan jest butem, i ze śmiechu siada na podłodze. Marta za pierwszym razem śmieje się razem z nim, za dziesiątym już tylko kiwa głową, a za dwudziestym po cichu liczy, kiedy to minie.

Kuba robi przy tym coś całkiem trudnego. Żeby złamać regułę, musi ją najpierw znać: wie, co to banan, wie, co to but, i celowo miesza jedno z drugim, żeby zobaczyć, co się stanie. Pierwsze dziecięce dowcipy nie są przejawem poczucia humoru. Są sprawdzianem tego, gdzie kończą się rzeczy, które mają sens.

Od zabawy w a kuku do ironii mija jakieś dziesięć lat

Amerykański psycholog Paul McGhee opisał rozwój dziecięcego humoru jako ciąg etapów, w których nie zmienia się ilość śmiechu, tylko jego wyzwalacz. Najmniejsze dzieci śmieją się z ruchu i zaskoczenia, przedszkolaki z bzdur, uczniowie z dwuznaczności słów, a dopiero nastolatki z tego, co człowiek mówi, nie mając tego na myśli. Liczby przy poszczególnych etapach są orientacyjne, a dzieci przeskakują je w obie strony, kolejność bywa jednak zaskakująco stała.

Zabawa w a kuku, czyli chowanie twarzy za dłońmi, to pierwsza zabawna sytuacja w życiu większości ludzi. Działa na połączeniu napięcia i bezpieczeństwa: dziecko nie wie dokładnie, kiedy twarz się pojawi, przeczuwa jednak, że się pojawi. Kiedy to się potwierdzi, napięcie opada i wychodzi z niego śmiech. Wystarczy jednak schować się o kilka sekund dłużej i zabawa przechyla się w płacz. Granica między żartem a przestrachem jest cienka już w wieku półtora roku.

Orientacyjny wiek Z czego dziecko się śmieje Czego się przy tym uczy
Do roku Łaskotki, a kuku, przesadne miny i dźwięki. Że zaskoczenie może być bezpieczne i że istnieje sygnał „to jest zabawa".
Mniej więcej 1-2 lata Celowo złe obchodzenie się z rzeczami: grzebień przyłożony do ucha zamiast telefonu. Że regułę można złamać na złość i że to złamanie ma publiczność.
Mniej więcej 2-4 lata Bezsensowne imiona i niemożliwe obrazki. Krowa, która szczeka. Banan, który jest butem. Że słowo i rzecz to nie to samo i da się je od siebie odkleić.
Mniej więcej 4-6 lat Rymy, wymyślone słowa, słownictwo spod znaku toalety, nieskończone wariacje tego samego. Że język jest zabawką i że niektóre słowa mają władzę nad dorosłymi.
Wiek szkolny Zagadki, gry słowne, dowcipy z prawdziwą puentą. Że jedno słowo może znaczyć dwie rzeczy naraz i można to celowo pomieszać.
Od dziesiątego roku życia Ironia, sarkazm, komentarze cudzym kosztem, wspólne żarty wewnątrz paczki. Że liczy się nie tylko to, co ktoś powiedział, ale i to, co miał na myśli.

Ciekawy jest etap, na którym dziecko opanowuje formę dowcipu wcześniej niż jego treść. Pięciolatek ogłasza, że opowie ci dowcip, ustawia właściwy ton, robi pauzę we właściwym miejscu, a puenta brzmi: i wtedy wpadł do zupy. Potem sam wybucha śmiechem i czeka. Niczego nie myli. Ćwiczy choreografię opowiadania, bo ta przydaje się w dziecięcej grupie znacznie wcześniej niż umiejętność zbudowania dwuznaczności.

Najbardziej praktyczny wniosek płynie z końca tego ciągu. Ironia przychodzi ostatnia, dojrzewa przez całą podstawówkę, a u niektórych jeszcze w okresie dojrzewania. Zdanie „no genialnie to wymyśliłeś" rzucone nad rozlanym sokiem nie dotrze więc do pięciolatka jako przesada. Słyszy albo pochwałę, której nie rozumie, albo ton, który go rani. Rodzicielski sarkazm nie jest przy małych dzieciach ostry. Jest po prostu niezrozumiały, a dziecko bierze z niego gorszą połowę.

Dlaczego jeden dowcip pięćdziesiąt razy

Kiedy Kuba przychodzi z bananem po raz pięćdziesiąty, to nie jest ani prowokacja, ani próba cierpliwości. Powtarzanie to dla małego dziecka sposób uczenia się. Każde powtórzenie jest właściwie pytaniem: czy to nadal obowiązuje i czy reakcja będzie taka sama jak poprzednio? Przewidywalność, która dorosłego nudzi, dla trzylatka jest źródłem pewności, bo właśnie sprawdza, że świat działa niezawodnie.

Druga połowa odpowiedzi jest społeczna. Robert Provine w książce Laughter (2000) podsumował obserwacje zwykłych rozmów i wyszło mu, że śmiech jest jakieś trzydzieści razy bardziej prawdopodobny w towarzystwie niż w samotności i że większość śmiechu w rozmowie nie następuje po dowcipie, tylko po zupełnie zwyczajnym zdaniu. Śmiejemy się głównie dlatego, że ktoś przy tym jest. Kuba nie testuje więc dowcipu. Testuje więź z tobą.

Pamiętasz, kiedy ostatnio zaśmiałeś się na głos sam w pustym pokoju? Większości ludzi zajmuje to chwilę i jest to dokładnie ten mechanizm, który u dzieci działa na pełnych obrotach.

Dla rodziców płynie z tego ulga. Nie musisz śmiać się za każdym razem, a udawany śmiech dziecko i tak rozpozna, bo ton czyta wcześniej niż słowa. Działa co innego: przesunąć dowcip dalej. Kiedy Marta odpowiada na banana i but, że to nic w porównaniu z tym, jak kiedyś włożyła sobie na głowę bułkę, Kuba dostaje nową wariację i jego zabawa robi krok naprzód zamiast dwudziestego okrążenia w tym samym miejscu.

Humor spod znaku toalety i dlaczego zakaz nie działa

Gdzieś między trzecim a szóstym rokiem przychodzi etap, który niezawodnie doprowadza rodziców do szału. Dziecko odkrywa słowa w rodzaju siku, pupa i kupa i orientuje się, że działają jak przełącznik. Powie je przy obiedzie i dzieje się coś dużego. Ktoś się śmieje, ktoś inny podnosi głos. Tak czy inaczej stół reaguje.

Istotne jest to, że dziecko nie ma pojęcia, dlaczego te słowa są tabu. Treść go nie interesuje, interesuje go siła. A ponieważ mocna reakcja jest nagrodą, twardy zakaz zwykle ten rodzaj humoru wzmacnia, a nie wygasza. Zakaz potwierdza bowiem, że słowo naprawdę ma tę władzę, dla której warto było je wypowiedzieć.

Lepiej działa zasada miejsca i czasu. Przy stole i u babci nie, na placu zabaw z kolegami spokojnie. Dziecko nie słyszy wtedy, że jego dowcip jest zły, tylko że różne miejsca mają różne reguły, co jest przy okazji dokładnie tą umiejętnością, której będzie potrzebowało przez całe życie. Pomaga do tego zerowa reakcja w chwili, gdy dziecko chce cię wkurzyć: bez paliwa motyw gaśnie sam. I tak jak poprzednie etapy, ten też minie, zwykle gdzieś na początku szkoły.

Droczenie się między rodzeństwem: kiedy nie wtrącać się

Dacher Keltner ze współpracownikami opisał w 2001 roku droczenie się jako grę społeczną z regułami. Między ludźmi, którzy sobie ufają, wzmacnia relację, bo mówi „mogę pozwolić sobie wobec ciebie na to i nadal jest w porządku". Bez zaufania to samo zdanie rani. Rodzeństwo jest pierwszym laboratorium, w którym ta różnica jest ćwiczona, a ćwiczy się ją właśnie tym, że czasem ktoś przestrzeli.

Większość domowego droczenia się nie potrzebuje więc interwencji. Poznasz to po kilku rzeczach naraz:

  • role się zmieniają, celem raz jest jedno dziecko, a za chwilę drugie
  • śmieją się oboje, nie tylko to, które żartuje
  • kiedy jedno mówi dość, drugie przestaje i nie dorzuca „jeszcze ostatni raz"
  • temat się zmienia, nie kręci się w kółko wokół tego samego

Wtrącić się warto, kiedy któregoś z tych znaków brakuje. Najmocniejszy sygnał ostrzegawczy to stały cel: jedno z rodzeństwa zawsze obrywa, a temat się powtarza, zwykle ten najbardziej czuły, jaki dzieci o sobie wiedzą. Waga, okulary, oceny, strach przed ciemnością. Drugi sygnał to śmiech tylko po jednej stronie, bo drugie dziecko albo nie robi żadnej miny, albo śmieje się z kilkusekundowym opóźnieniem. Gdzie dokładnie biegnie granica między zabawą a poniżaniem, rozbiera szczegółowo tekst o tym, czy to jeszcze droczenie się, czy już wyśmiewanie.

Przy wtrąceniu się pomaga jedna zmiana sformułowania. Zamiast „nie bądź złośliwy" spróbuj nazwać skutek: „widzisz, że już się nie śmieje." Pierwsze zdanie osądza dziecko, drugie uczy je czytać drugiego człowieka, czyli dokładnie tej umiejętności, dla której w ogóle warto zostawić droczenie się w spokoju. Warto też wprowadzić w rodzinie słowo, po którym zawsze się przestaje, bez negocjacji i bez drwin z tego, kto go użył.

W domu dziecko uczy się, czyim kosztem się śmiejemy

Rod Martin i jego współpracownicy opisali w 2003 roku model czterech stylów humoru według dwóch osi: czy ton jest życzliwy, czy ostry, i czy humor mierzy w innych, czy w siebie. Powstają z tego style jednoczący, pokrzepiający, cięty i autoironiczny, a ponieważ obie osie są niezależne, nikt nie jest wyłącznie jednym z nich. Szczegółowo rozbiera je przegląd czterech stylów humoru.

Dzieci nie wynoszą z domu dowcipów. Wynoszą ustawienie tych osi. Kiedy śmiech w rodzinie służy głównie temu, żeby ludziom było razem dobrze, dziecko traktuje to jako stan wyjściowy. Kiedy w domu śmiejemy się najczęściej z sąsiadów, z kolegów z pracy albo z tego, kto właśnie się pomylił, dziecko uczy się, że dowcip jest sposobem, żeby kogoś ustawić.

Najmniej rzuca się w oczy składnik autoironiczny. Rodzic, który regularnie mówi o sobie jako o niezdarze z sitem zamiast głowy, ma to za skromność i za rozładowanie atmosfery. Dziecko czyta z tego jednak instrukcję, jak się mówi o samym sobie. Badania stylów humoru uczciwie mówią, że życzliwe rejestry wiążą się z lepszym samopoczuciem, a autoironiczny z gorszym, ale chodzi o współwystępowanie, nie o przyczynę, a jednej uszczypliwości wobec siebie przy kolacji nie ma sensu przeceniać. Różnicę robi to, czy jest przyprawą, czy daniem głównym.

Żaden z czterech stylów nie jest przy tym błędem, który trzeba by u siebie usunąć. Ostry komentarz ma w rodzinie swoje miejsce tak samo jak życzliwe rozładowanie napięcia, warto tylko wiedzieć, który rejestr dziecko osłuchało u ciebie najbardziej. Styl humoru to nawyk, a nie wyrok na charakter, a z nawykiem da się pracować.

Klasowy błazen ma korzyści i rachunek

Prędzej czy później przyjdzie ze szkoły wiadomość, że twoje dziecko bawi klasę. Ta rola nie jest ani wadą, ani wygraną. To działająca strategia społeczna z mierzalnym zyskiem: dziecko, które rozśmieszy klasę, zdobywa pozycję bez konieczności bycia najlepszym z matematyki czy najszybszym na boisku. Do tego uczy się przy okazji czytać nastrój grupy, bo bez tego dowcipy by mu nie wychodziły.

Rachunek przychodzi z dwóch stron. Pierwsza to lepkość roli: kiedy wszyscy czekają od ciebie na tekst, poważne zdanie mówi się gorzej, a smutek prawie się w tej roli nie mieści. Druga strona to szkoła, która widzi przeszkadzanie, a nie umiejętność, więc dziecko regularnie słyszy, że najlepsza rzecz, jaką potrafi, jest problemem.

Czasem stoi za tym jeszcze coś trzeciego. Kiedy dziecko najczęściej trafia samo w siebie, może to być sposób na wyprzedzenie drwin innych: kto sam wyznaczy cel, nie da go wyznaczyć nikomu innemu. To warte uwagi, ale nie kazania. Roli nie ma sensu likwidować, ma sens dołożyć drugie miejsce, gdzie dziecko ma pozycję z czegoś innego, choćby z zajęć dodatkowych albo paczki spoza klasy.

A ponieważ wzór, który dziecko podpatruje, siedzi przy tym samym stole, warto najpierw spojrzeć na siebie. Rozeznanie w tym, który z czterech rejestrów przeważa u ciebie w domu, da krótki test stylów humoru, który pyta o zwykłe sytuacje i zajmuje kilka minut.

Kiedy Kuba następnym razem ogłosi, że banan jest butem, warto zauważyć jeden drobiazg. Nie patrzy przy tym na banana. Patrzy na Martę.

Polecany test

Wypróbuj Test stylów humoru

Czym bawisz siebie i świat wokół? Cztery style humoru i Twój miks.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności