Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Syndrom oszusta: czym jest i skąd biorą się wątpliwości
Psychologia i dobrostan

Syndrom oszusta: czym jest i skąd biorą się wątpliwości

Sukces masz, pewności nie. Czym jest syndrom oszusta, trzy źródła wątpliwości, kogo dotyczy i jak z nim pracować zamiast czekać na wpadkę.

Agnieszka dostała awans w piątek. W poniedziałek siedziała na pierwszej naradzie w nowej roli, słuchała gratulacji, a w głowie chodziło jej jedno: kiedy się połapią. Kiedy ktoś z tych ludzi przy stole zorientuje się, że to krzesło dostał człowiek, który przede wszystkim dobrze wygląda na tym stanowisku.

Nie chodziło o skromność ani o tremę. Agnieszka miała za sobą cztery lata wyników, które wyciągnęłaby ze skrzynki mailowej w dwie minuty. Mimo to w tamtej chwili przysięgłaby, że komisja rekrutacyjna pomyliła teczki.

Rozbieżność między tym, co człowiek w sposób udokumentowany zrobił, a tym, co w środku o sobie myśli, ma w psychologii swoją nazwę i dość dokładny opis. Tylko że miesza się w niej zwykle kilka różnych rzeczy naraz.

Syndrom oszusta: czym właściwie jest

Zjawisko opisały psycholożki Pauline Clance i Suzanne Imes w 1978 roku. Badały grupę kobiet, które miały tytuły, nagrody i kariery, a mimo to były przekonane, że do swojej pozycji doszły przez nieporozumienie. Od tamtej pory okazało się, że rzecz nie ma płci ani branży. Spotkasz ją u chirurgów tak samo jak u programistów, nauczycielek czy ludzi prowadzących własną firmę.

Nazwa jest trochę niefortunna, bo słowo syndrom kusi, żeby czytać całość jak diagnozę. Tak nie jest. W klasyfikacjach zaburzeń psychicznych nie figuruje, nie da się go mieć albo nie mieć jak grypy i nikt go nie leczy. To wzorzec myślenia, który da się opisać, zmierzyć co do nasilenia i przy odrobinie cierpliwości oduczyć.

Od zwykłej niepewności odróżnia go jedna rzecz i ta jedna jest istotna. Trema przed pierwszą prezentacją albo obawy w pierwszym tygodniu w nowej pracy rozpuszczają się w chwili, kiedy wszystko dobrze wyjdzie. Tutaj nie rozpuszcza się nic. Dobry wynik po drodze do pamięci zostaje przepisany na dobre przygotowanie, na życzliwą publiczność albo na sprzyjające okoliczności, więc dowód na twoje umiejętności nie ma gdzie się odłożyć.

W praktyce kręci się to w kółko, a Clance opisała ten krąg już w latach osiemdziesiątych. Przychodzi zadanie, z nim napięcie, a napięcie ucisza jedynie przygotowanie daleko poza granicą potrzeby albo, odwrotnie, odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę. Rzecz w końcu wychodzi, przychodzi krótka ulga, tyle że zasługa idzie na konto tej harówki albo zbiegu okoliczności. Po dwóch dniach po uldze nie ma śladu, a poprzeczka wisi kawałek wyżej.

Stąd bierze się najdziwniejsza rzecz w całej sprawie. Sukces nie zmniejsza wątpliwości, raczej je dokarmia: każdy awans podnosi oczekiwania, więc miejsca na przyszłe zdemaskowanie robi się jeszcze więcej. Agnieszce nie było gorzej mimo awansu, tylko z jego powodu.

Trzy źródła, z których biorą się wątpliwości

Zdanie „nie pasuję tutaj" brzmi jak jedna myśl. Kiedy jednak dopytasz ludzi, co dokładnie mają na myśli, rozpada się na trzy dość różne historie. Jedna jest o strachu przed zdemaskowaniem, druga o znikających sukcesach, a trzecia o szczęściu, które kiedyś się skończy.

Źródło wątpliwości Zdanie, które chodzi po głowie Po czym poznasz je z zewnątrz
Poczucie bycia oszustem „Inni mnie przeceniają. To miejsce należy się komuś zdolniejszemu." Przygotowanie daleko poza granicą potrzeby. Milczenie na naradzie aż do stuprocentowej pewności. Pytania, które lepiej nie padną, żeby nie zdradziły, czego jeszcze nie wiesz.
Umniejszanie sukcesów „To nic takiego. Każdy by to zrobił." Do pochwały automatycznie przykleja się dopisek. Z oceny rocznej zostaje głównie to jedno krytyczne zdanie. Po każdym osiągniętym celu poprzeczka idzie wyżej.
Szczęście i okoliczności „Trafiłem w dobry moment i miałem szczęście do ludzi wokół." Opowieść o własnej karierze zaczyna się od słowa przypadkiem. Dobra ocena czytana jest jako pobłażliwość. Na egzaminie podobno trafiły się akurat te pytania, które umiałeś.

Najlepiej to pierwsze źródło widać na naradzie. Ktoś przy stole zna odpowiedź, trzyma ją w głowie przez cały czas i nie wypowiada, bo nie jest jeszcze całkiem pewny. Trzy minuty później tę samą myśl mówi na głos ktoś inny, zbiera potakujące kiwanie głowami i temat idzie dalej. Dla człowieka, który milczał, nie jest to dowód na to, że powinien był się odezwać. To dowód, że tamten był pewny, a on najwyraźniej nie jest na jego poziomie. Tak z jednej przegapionej sekundy powstaje kolejna cegła w murze.

Te trzy źródła nie są trzema różnymi zaburzeniami ani trzema szufladkami, w które człowiek wpada w całości. To strony jednego wzorca i one ze sobą idą w parze: kto ma wysoko jedno, ten zwykle ma podniesioną też resztę. Warto więc pytać, które z nich mówi najgłośniej.

To dominujące źródło decyduje o tym, co pomoże. Agnieszka nie podważała swojego sukcesu, tylko za każdym razem rozpuszczała go w zespole, więc nic się u niej nie zbierało; jak zrobić z pochwały coś, co wytrzyma dłużej niż pięć sekund, rozbiera tekst o tym, jak przyjmować pochwały. Jej kolega Paweł miał równie wysoki wynik ogólny, ale zupełnie inną głowę: każdy dobry rezultat tłumaczył sobie momentem i tym samym znowu go odsyłał. Jemu bardziej przyda się rozbiór pytania, czy za ostatnim wynikiem stał sukces, czy szczęście.

Proporcja między źródłami nie jest zresztą dożywotnia. Rusza nią sytuacja: w branży, w której człowiek siedzi dziesięć lat, odzywa się raczej umniejszanie sukcesów, bo wszystko wygląda na zwykłą pracę. Po przejściu do nieznanego środowiska w ciągu miesiąca do przodu wychodzi poczucie bycia oszustem. Wynik jest więc zdjęciem obecnego ustawienia, a nie opisem charakteru.

Rada „doceniaj swoje sukcesy" jednemu z nich ma zatem sens, a od drugiego odbija się jak od tarczy. Na tym polega cała praktyczna wartość rozróżniania źródeł: ogólne pokrzepianie działa kiepsko, bo nie celuje w to zdanie, które człowiek akurat ma w głowie.

Ilu ludzi to dotyczy

Liczba, która krąży po internecie, brzmi 70 %. Bierze się z pracy, w której Sakulku i Alexander w 2011 roku podsumowali dotychczasową literaturę, i uczciwie jest powiedzieć, czym ta liczba jest: szacunkiem autorów, a nie wynikiem pomiaru na reprezentatywnej próbie. Przez powtarzanie zrobił się z niej z czasem fakt, którym nigdy nie była.

Trzeźwiejszy obraz daje przegląd systematyczny, który Bravata ze współpracownikami złożyła w 2020 roku z 62 badań. Stwierdzona częstość waha się w nich od 9 do 82 % w zależności od tego, kogo pytano i jakim narzędziem mierzono. Tak szeroki rozrzut nie jest błędem badaczy, tylko skutkiem tego, że żadna ostra granica między „ma" a „nie ma" nie istnieje. To nasilenie, które każdy ma gdzieś na skali.

W poprzek badań całkiem jednak wiarygodnie powtarza się, gdzie wątpliwości trzymają się najmocniej:

  • ludzie świeżo w nowej roli, po awansie albo po zmianie branży, czyli wszędzie tam, gdzie stara miara przestała obowiązywać, a nowa jeszcze nie powstała
  • studenci, których rodzice nie studiowali; Cokley ze swoim zespołem opisał u nich w 2013 roku silniejsze poczucie, że na uczelnię nie pasują
  • branże, w których błąd drogo kosztuje i oczekuje się od człowieka pewności: medycyna, prawo, nauka, lotnictwo
  • ktokolwiek, kto jest w pokoju jedyny w swoim rodzaju, czy to ze względu na płeć, wiek, czy na drogę, którą tam trafił

Prawdziwą skalę mierzy się jednak źle z jednego prostego powodu: mało się o tym mówi. Wątpliwość co do własnych kompetencji należy do rzeczy, które ludzie chowają przed współpracownikami staranniej niż pensję, więc każdy w pokoju widzi wyłącznie gotowe i spokojne występy pozostałych, a do tego dokłada własny wewnętrzny bałagan. W grupach, w których raz padnie to na głos, największym zaskoczeniem bywa liczba podniesionych rąk.

Ciekawe jest to, kogo na tej liście nie znajdziesz. Ludzi, którzy naprawdę mało umieją. Właśnie dlatego syndrom oszusta bywa opisywany jako druga strona medalu wobec efektu Dunninga-Krugera, chociaż ta para jest w rzeczywistości bardziej skomplikowana, niż się o niej pisze.

Kto jest bardziej podatny

Bernard, Dollinger i Ramaniah przyjrzeli się w 2002 roku temu, jak skłonność do takich wątpliwości wiąże się z pięcioczynnikowym modelem osobowości, czyli z Big Five. Najsilniejszy związek wyszedł przy neurotyczności, czyli przy skłonności do przeżywania negatywnych emocji mocniej i dłużej. Kto ma ją wysoko, odtwarza sobie jedną krytyczną uwagę przez tydzień, podczas gdy dwadzieścia pochwalnych przechodzi bez echa.

Druga cecha jest ciekawsza, bo tnie w obie strony. Sumienność chroni człowieka tym, że dobrze się przygotuje i wykona pracę, na której da się polegać. Jednocześnie ustawia jednak poprzeczkę tak wysoko, że pod nią ląduje niemal każdy realny wynik, a potem wystarczy niewiele, żeby ze zwykłej niedoskonałości zrobił się dowód własnej nieudolności.

Rolę gra też to, czy człowiek o swoich wątpliwościach mówi. Kto je wypowie, dostaje z reguły w dwie sekundy korektę z zewnątrz: „znam to, miałem dokładnie tak samo". Kto ich nie wypowie, poprawki nie dostanie nigdy i odpowiada sam sobie, więc wątpliwość się potwierdza. Paweł jest dokładnie takim przypadkiem: na zewnątrz spokojny człowiek, w środku dwa sezony nieprzerwanego monologu.

Cechy osobowości nie są jednak przeznaczeniem i na pewno nie tłumaczą wszystkiego. Sporo robi środowisko: ile się w nim daje informacji zwrotnej, czy o niepewności można mówić na głos i czy w pokoju jest ktoś, kto wygląda jak ty. Gdzie dokładnie wątpliwości odpalają najmocniej, rozbiera osobny tekst o tym, jak wygląda syndrom oszusta w pracy.

Czym syndrom oszusta nie jest

Nie jest skromnością. Skromny człowiek nie zaprzecza faktowi, tylko go nie rozgłasza; zdanie „udało się i pracował nad tym cały zespół" jest prawdziwe i nic sobie nim nie odbierasz. Umniejszanie robi co innego: kasuje fakt, więc nie zostaje z niego nic również dla ciebie. Sprawdzian jest prosty i zajmuje sekundę. Wierzysz w to, co przed chwilą powiedziałeś?

Bywa też mylony z ogólnie niskim poczuciem własnej wartości, choć to dwie różne rzeczy. Człowiek z takim wzorcem może być pewny siebie w kupie innych obszarów i sypać się tylko tam, gdzie ktoś go ocenia i gdzie chodzi o fachowość. Poczucie własnej wartości jest szeroką sprawą i buduje się je inaczej, o czym jest tekst o tym, jak budować poczucie własnej wartości.

Nie jest też dosłownym przeciwieństwem efektu Dunninga-Krugera, choćby ta symetria brzmiała ładnie. Pierwotne badanie z 1999 roku mierzyło co innego niż pewność siebie ekspertów, a część jego wniosków do dziś tłumaczy się artefaktami statystycznymi. Zostaje z niego głównie jedno: im więcej człowiek o dziedzinie wie, tym lepiej widzi, czego jeszcze w niej nie umie. Ten widok z perspektywy wewnętrznej myli się z brakiem kompetencji.

Ostatnia różnica jest najostrzejsza. Prawdziwy oszust nie boi się zdemaskowania, bo wie, co robi, i liczy się z tym. Strach przed zdemaskowaniem ma za to ten, kto swoją pracę wykonuje uczciwie i tylko jej nie wierzy; dlaczego tego strachu nie da się obalić dowodami, rozbiera tekst o tym, skąd bierze się strach przed zdemaskowaniem.

Co się z tym da zrobić

Kolejny sukces tego nie załatwi, to już wiemy. Załatwią to raczej trzy nudne rzeczy, które można zacząć robić w tym tygodniu.

Pierwsza to nazwać źródło. Dopóki człowiek ma w głowie mgliste „nie jestem dość dobry", nie da się z tym zrobić zupełnie nic, bo to sąd o wartości. Zdanie „mam skłonność tłumaczyć sobie wyniki okolicznościami" dotyczy nawyku, a nawyk ma rozwiązanie.

Druga to zbierać dowody, zanim będą potrzebne. Załóż jedną teczkę, spokojnie mailową, i wrzucaj do niej opinie, liczby i skończone rzeczy. Pamięć pod presją wyciąga niezawodnie wyłącznie błędy, a teczka trzyma fakty. Zasada jest jedna: dokładać wolno, kasować nie.

Trzecia to powiedzieć to na głos i akurat ta część bywa najskuteczniejsza. Clance i Imes pracowały ze swoimi klientkami w grupach i zauważyły, że duża część ulgi przychodzi w chwili, kiedy człowiek usłyszy to samo od kogoś, kogo uważał za pewnego siebie. Niewypowiedziana wątpliwość rośnie, wypowiedziana kurczy się. Konkretne postępowanie przy poszczególnych źródłach, razem z limitem na przygotowanie i teczką dowodów, rozbiera tekst o tym, jak pokonać syndrom oszusta.

Co natomiast nie działa, choć próbował tego prawie każdy, to zapewnianie z zewnątrz. Zdanie „ale przecież jesteś świetna" w głowie odbiorcy w sekundę tłumaczy się jako uprzejmość albo jako dowód, że udało jej się oszukać nawet tego, kto chwali. Użyteczna jest dopiero konkretna informacja zwrotna: nie że jesteś dobra, tylko co dokładnie zrobiłaś w tym projekcie i co bez tego wyszłoby inaczej.

Jedna uwaga na marginesie, ale uczciwa. Jeżeli wątpliwości co do siebie trwają miesiącami, zabierają ci sen albo trzymają cię z dala od rzeczy, których inaczej byś chciał, nie jest to porażka samopoznania i nie ma sensu załatwiać tego kolejnym artykułem. Przy takim obciążeniu rozsądnie jest mieć obok siebie specjalistę.

Jak sprawdzić, skąd idą twoje wątpliwości

Samoobserwacja ma przy tym temacie jedną wadę: wątpliwość mówi głośniej niż wszystko inne, więc kiedy zapytasz sam siebie w kiepskim dniu, dostaniesz inną odpowiedź niż we wtorek po dobrej naradzie. Pomaga zatem śledzić konkretne zdania zamiast ogólnego wrażenia. Kiedy ostatnio powiedziałeś o czymś, co ci wyszło, jedno gołe zdanie bez dopisku na swoją obronę?

Druga pomoc jest jeszcze prostsza. Po najbliższym dobrym wyniku zauważ, gdzie twoja głowa sięgnie po wyjaśnienie jako pierwsze. Ktoś skończy przy przygotowaniu, ktoś inny przy zespole, kolejny przy momencie, a czwarty przy tym, że to nic trudnego nie było. To pierwsze wyjaśnienie jest całkiem niezłym wskaźnikiem tego, które źródło mówi u ciebie najgłośniej.

Jeżeli chcesz obraz szybciej i w bardziej uporządkowanej formie, przejdź krótki test syndromu oszusta. Wychodzi z niego wynik ogólny w jednym z czterech przedziałów, od minimalnych aż po silne wątpliwości, a do tego rozkład między trzy źródła. Traktuj to jak orientacyjne porównanie i punkt wyjścia do własnych obserwacji, a nie jak diagnozę.

Agnieszka trzy miesiące po awansie otworzyła wspomnianą teczkę i znalazła w niej jedenaście rzeczy, które przez ten czas doprowadziła do końca. Poczucie, że tam nie pasuje, przez to nie zniknęło, tylko przestało być jedyną dostępną wykładnią. Pawłowi pomogło co innego: przed obroną projektu spisał sobie prognozę, jak to wyjdzie, a po wyniku ją przeczytał. Wyszło lepiej niż to, co miał na papierze, i było to czarno na białym.

Polecany test

Wypróbuj Test syndromu oszusta

Czy Twój sukces należy do Ciebie? Wynik ogólny, przedział i główne źródło wątpliwości.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności