Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Sukces czy szczęście? Dlaczego nie zapisujesz sobie zasług
Psychologia i dobrostan

Sukces czy szczęście? Dlaczego nie zapisujesz sobie zasług

„Miałem szczęście do zespołu, do czasów, do zlecenia." Dlaczego sukces przypisujemy okolicznościom, a porażkę sobie, i jak odzyskać zasługi.

Ola i Michał oddali w tym samym tygodniu porównywalnie trudny projekt i oboje dostali za niego pochwałę od zarządu. Michał przy obiedzie rzuca, że to był kawał roboty i że opłaciło się, ile czasu szlifował tę analizę. Ola mówi, że miała szczęście do zespołu i do zlecenia, które przypadkiem trafiło w jej mocne strony.

Praca była podobna, zdanie o niej zupełnie inne. I to właśnie zdanie decyduje o tym, z czym każde z nich wejdzie w następny projekt: jedno z zaufaniem do siebie, drugie z pytaniem, czy uda się po raz kolejny.

Weinera nie interesowało, co się stało, tylko jak to sobie tłumaczysz

Psycholog Bernard Weiner zbudował w latach 80. całą teorię motywacji na jednym spostrzeżeniu. To, co się człowiekowi uda albo nie uda, waży o wiele mniej niż przyczyna, którą sam sobie do tego dopisze. Wynik jest faktem, wyjaśnienie jest wyborem, a ten wybór idzie z tobą dalej.

Wyjaśnienia da się według niego posortować trzema pytaniami. Czy przyczyna leży we mnie, czy poza mną, jest wewnętrzna czy zewnętrzna? Czy utrzyma się do następnej sytuacji, czy się zmienia, jest stała czy zmienna? I czy w ogóle podlega kontroli? Z trzech odpowiedzi powstaje całkiem dokładna mapa tego, co człowiek wyniesie z własnego wyniku.

Weź jedno zdarzenie, choćby udaną rozmowę o pracę, i przejdź przez cztery zwykłe wyjaśnienia.

Wyjaśnienie Gdzie leży przyczyna Czy utrzyma się na następny raz? Co ci zostaje
Umiem to W środku Tak, umiejętność nigdzie nie znika Zaufanie, z którym wchodzisz w kolejną sytuację
Przygotowałem się W środku Bywa różnie, ale masz to w ręku Instrukcja, co powtórzyć następnym razem
To było łatwe Na zewnątrz Dotyczy tego zadania, innego już nie Nic o tobie, następne może być trudniejsze
Miałem szczęście Na zewnątrz Nie, przypadkiem się nie steruje Nic, co dałoby się powtórzyć

Z tabeli widać, gdzie odkłada się wynik. Umiejętność i wysiłek dopisujesz na własne konto i możesz z nich skorzystać ponownie. Łatwe zadanie i szczęśliwy zbieg okoliczności leżą na zewnątrz, więc nie mówią o tobie nic. Jedna i ta sama rozmowa, cztery różne salda.

Weiner dołożył do tego jeszcze jedną warstwę, o której zwykle się zapomina. Duma z siebie, ulga czy wdzięczność wobec otoczenia nie biorą się z wyniku, tylko właśnie z tego przypisania. Radość z wygranej, którą człowiek tłumaczy sobie przypadkiem, ulatuje w ciągu jednego popołudnia, bo nie ma za co jej sobie zapisać.

Większość ludzi ma przy tym szalę przechyloną lekko na swoją korzyść. Za dobry wynik odpowiadają sami, za zły raczej okoliczności, zlecenie albo splot nieszczęśliwych przypadków. Psychologia opisuje tę skłonność mniej więcej od lat 70. i traktuje ją jako zwykły element tego, jak człowiek trzyma swoje poczucie własnej wartości w całości.

Księgowość, w której na twoje konto nigdy nic nie wpływa

U części ludzi ta sama księgowość działa jednak odwrotnie. Porażka idzie na ich rachunek, sukces na rachunek okoliczności, a ta nierówność trzyma się tak wiernie, że sami prawie jej nie zauważają. Z zewnątrz wygląda to na dobrze wychowaną skromność, w środku działa jak gumka do mazania.

We wzorcu, który nazywa się syndromem oszusta, jest to jedno z trzech źródeł wątpliwości: szczęście i okoliczności. Obok stoi poczucie bycia oszustem, czyli ciche założenie, że twoje prawdziwe umiejętności są mniejsze, niż wygląda to z zewnątrz. I jeszcze umniejszanie sukcesów, przy którym pochwała nie zdąży się nawet zagrzać. To trzy strony jednej rzeczy i zwykle jedna z nich mówi głośniej niż pozostałe dwie. Cały wzorzec razem z tym, skąd się bierze, rozbiera tekst o tym, czym jest syndrom oszusta.

Rozpoznasz to po drobiazgach w mowie. Na pytanie, jak trafiłeś na swoje stanowisko, zaczynasz od słowa „przypadkiem". Na egzaminie podobno wypadły ci akurat te tematy, które umiałeś, choć uczyłeś się wszystkiego. Dobrą ocenę tłumaczysz sobie jako wyrozumiałość kogoś, kto był dla ciebie miły.

Pojęcie opisały psycholożki Pauline Clance i Suzanne Imes w 1978 roku u odnoszących sukcesy kobiet, a od tego czasu okazało się, że tak samo dotyczy mężczyzn. Przegląd systematyczny 62 badań, który prowadziła Dena Bravata z zespołem w 2020 roku, znalazł szacunki występowania od 9 do 82 procent, zależnie od tego, kogo badanie pytało i jak mierzyło. Ten rozrzut sam w sobie coś mówi: granica między zwykłą niepewnością a wzorcem, który kosztuje energię, jest płynna, a nie ostra.

Kiedy szczęście ma rację

Tu warto zostać uczciwym, bo przesadna korekta jest równie nietrafna jak pierwotny błąd. Okoliczności odgrywają rolę, i to niemałą. Czasy, w których się urodziłeś. Branża, która akurat rekrutowała. Szef, który zauważył cię wcześniej niż innych. Rodzina, która utrzymała cię przez pierwszy niepewny rok.

Różnica polega na tym, co okoliczności potrafią, a czego nie. Tworzą okazję, otwierają drzwi, skracają czekanie. Nie wykonują jednak pracy, która czeka za tymi drzwiami. Szczęśliwy moment daje ci projekt, dowieźć musisz go ty, a ludzi, którzy dostali tę samą okazję i jej nie dociągnęli, jest wokół sporo.

Przydatnym sprawdzianem jest symetria. Przypomnij sobie ostatnią rzecz, która nie wyszła, i policz, ile wtedy przyznałeś pechowi, kiepskiemu zleceniu albo koledze, który się rozchorował. Jeśli w porażce okoliczności prawie nie występowały, a w sukcesie występują wszystkie, błąd nie leży w okolicznościach. Leży w tym, że wchodzą do rachunku tylko w jednej kolumnie.

Ola ze wstępu miała ze szczęściem do zespołu właściwie rację. Tylko że nikt obcy tego zespołu jej nie złożył, dobierała go sama i dwie osoby ściągnęła z innego działu, bo wiedziała, co potrafią. Okoliczność, którą człowiek stworzył sobie sam, pojawia się w jego opowieści jako przypadek dokładnie tak samo, bo z zewnątrz nikt jej od przypadku nie odróżni.

Ze skromnością ma to wspólnego mniej, niż się wydaje. Skromność nie zaprzecza faktowi, tylko go nie rozgłasza, człowiek wie, co zrobił, i nie musi tego przypominać. Umniejszanie idzie krok dalej i wymazuje ten fakt również sobie. Gdzie dokładnie biegnie między nimi granica i co powiedzieć zamiast zwykłego dopisku, rozbiera tekst o tym, jak przyjmować pochwały.

Dlaczego kolejny sukces niczego nie naprawi

Nasuwa się logiczne rozwiązanie: udowodnić to sobie jeszcze raz. Zdobyć lepsze stanowisko, dokończyć studia, przynieść większe zlecenie, a wątpliwość rozpuści się pod ciężarem dowodów. W praktyce dzieje się dokładnie odwrotnie.

Nowy wynik wchodzi bowiem do tej samej księgowości co poprzedni i przechodzi przez to samo przypisanie. Awans? Nikogo odpowiedniejszego nie było pod ręką. Zlecenie? Klient nikogo innego nie znał. Egzamin? Egzaminator miał dobry humor. Wyjaśnienie znajdzie się zawsze, bo szukanie go jest nawykiem, a nie wnioskiem z danych.

Z każdym kolejnym szczeblem rośnie przy tym stawka. Im wyżej człowiek jest, tym więcej ma do stracenia i tym ostrzej brzmi pytanie, jak długo szczęście jeszcze wytrzyma. Stąd ten paradoks, który otoczeniu zwykle nie układa się w całość: wątpliwości często rosną razem z karierą, a nie wbrew niej.

Nierówne tłumaczenie sobie zdarzeń nie zostaje przy tym w głowie. Kto przypisuje wszystko głównie zbiegowi okoliczności, ten gorzej upomina się o wyższą pensję i dłużej waha się z aplikacją na stanowisko, gdzie nie spełnia jednego wymagania z dziesięciu. Przy ofercie dla klienta kończy się to kwotą skreśloną o kawałek w dół. Takie decyzje wyglądają na ostrożne i rozsądne, tyle że nie podejmuje ich ocena ryzyka, lecz ocena własnego udziału w tym, co się udało.

Robotę dla wątpliwości odwala też patrzenie na innych. Cudze sukcesy widzisz jako gotowe wyniki, u siebie znasz każdą wersję, każde odkładanie i każdy wieczór, kiedy nie szło. Porównanie wypada więc siłą rzeczy krzywo i jeszcze raz potwierdza, że to tobie po prostu się poszczęściło. Jak porównywać się tak, żeby coś z tego było, rozbiera tekst o porównywaniu się z innymi.

Odpowiedz sobie teraz na jedno pytanie, spokojnie na głos. Kiedy ostatnio opisałeś coś, co ci wyszło, i nie wspomniałeś przy tym ani o zespole, ani o czasie, ani o zbiegu okoliczności? Większość ludzi łowi w pamięci dłużej, niż by się spodziewała.

Jak odzyskać własne zasługi

Przekonywanie z zewnątrz działa tu słabo, bo pochwała przechodzi przez ten sam filtr co wszystko inne i wychodzi z niego jako uprzejmość. Lepszą przysługę zrobi ołówek i kartka. Nie jako coaching samego siebie, tylko dlatego, że zapisana rzecz gnie się gorzej niż wspomnienie.

Rozpisz sukces na kroki. Weź ostatnią rzecz, która się udała, i w jednej kolumnie wypisz, co zrobiłeś, rozstrzygnąłeś i rozwiązałeś ty. W drugiej okoliczności, które ci sprzyjały. Przypadek z tej kartki nie zniknie, po prostu pokaże się jego rzeczywisty udział, a bywa on mniejszy, niż brzmiało pierwsze wrażenie.

Druga pomoc jest jeszcze prostsza: policz powtórzenia. Spisz wszystkie podobne sytuacje, które skończyły się dobrze, czyli egzaminy, rozmowy o pracę, projekty, obronione pomysły. Raz mógł to być przypadek, dwa razy też. Przy szóstej pozycji tłumaczenie szczęściem przestaje mieć sens, bo powtarzalność jest dokładnie tym, co odróżnia przypadek od umiejętności. Trzymaj listę pod ręką, bo w dniach zwątpienia pamięć ochoczo wyciąga wyłącznie to, co nie wyszło.

Przed kolejnym egzaminem, obroną albo trudnym zleceniem zapisz sobie prognozę. Jedno zdanie o tym, jak to twoim zdaniem wypadnie i dlaczego. Po wyniku przeczytaj je sobie. Jeśli wielokrotnie idzie ci lepiej, niż się spodziewałeś, trzymasz w ręku coś, czego nie da się odtłumaczyć, bo zapisałeś to, zanim znałeś zakończenie.

A potem jest jeszcze sprawdzian na dziesięć sekund. Wyobraź sobie, że ten sam wynik przyniosła koleżanka i opowiada ci o nim przy kawie. Mówiłbyś o jej szczęściu, czy o tym, co dla tego zrobiła? Odpowiedź zwykle przychodzi bez wahania i widać po niej, że miarkę dla siebie i dla innych masz ustawioną inaczej.

Która z trzech stron wzorca mówi u ciebie najgłośniej, da się sprawdzić szybciej niż długą obserwacją. Podpowie krótki test syndromu oszusta, który obok ogólnego poziomu wątpliwości pokaże też ich przeważające źródło. Potraktuj go jako punkt startowy do własnego przyglądania się sobie, a nie jako werdykt, i przede wszystkim ze świadomością, że mierzy wątpliwości, a nie umiejętności. Sposoby rozpisane osobno dla każdego z trzech źródeł znajdziesz w tekście o tym, jak pokonać syndrom oszusta.

Trzy zdania i słowo, które się w nich powtarza

Wypróbuj w tym tygodniu jedno ćwiczenie na dziesięć minut. Zapisz trzy rzeczy, które udały ci się przez ostatni rok, a do każdej jedno zdanie, jak opisałbyś ją znajomemu przy obiedzie. Niczego nie upiększaj, pisz dokładnie to, co naprawdę byś powiedział.

Potem przeczytaj zdania i podkreśl w nich wszystkie słowa, które wskazują na zewnątrz: przypadkiem, szczęście, zespół, czasy, akurat, po prostu wyszło. U niektórych zostanie niepodkreślonych kilka spójników.

Celem nie jest skreślanie tych słów, bo połowa z nich należy tam całkiem słusznie. Ćwiczenie ma pokazać co innego: ile miejsca w twojej własnej opowieści zostało dla ciebie. I czy w ogóle pojawiasz się w niej gdzieś jako ktoś, kto coś zrobił, a nie jako ktoś, komu coś się przydarzyło.

Polecany test

Wypróbuj Test syndromu oszusta

Czy Twój sukces należy do Ciebie? Wynik ogólny, przedział i główne źródło wątpliwości.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności