Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 16 testów w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 16 testów w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Relacje i komunikacja / Przywiązanie w dzieciństwie: jak powstaje więź na całe życie
Relacje i komunikacja

Przywiązanie w dzieciństwie: jak powstaje więź na całe życie

Jak powstaje przywiązanie w dzieciństwie? Małpy Harlowa, Obca sytuacja i eksperyment kamiennej twarzy. Sprawdź, co naprawdę buduje więź na lata.

W 1958 roku amerykański psycholog Harry Harlow postawił małe małpki przed wyborem między dwiema zastępczymi matkami. Jedna była z gołego drutu i podawała mleko. Druga, obszyta miękkim materiałem, nie dawała jedzenia w ogóle. Wszystkie ówczesne teorie mówiły, że młode przywiąże się do tego, co je karmi. Małpki wybrały materiał.

Ten wynik otworzył pytanie, nad którym psychologia pracuje do dziś. W jaki właściwie sposób w pierwszych miesiącach i latach życia powstaje więź, którą potem nosimy w sobie przez dekady? Nie chodzi o ciepłą ideę miłości, tylko o maszynerię, która pod nią siedzi.

Bowlby i ewolucyjna funkcja przywiązania

Kiedy Harlow obserwował małpy, brytyjski psychiatra John Bowlby obserwował ludzkie dzieci. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych pracował z sierotami i z dziećmi oderwanymi od rodziców w czasie wojny i tuż po niej. Wciąż widział to samo: rozłąka z opiekunem zostawiała ślady, których nie tłumaczył ani głód, ani brak zabawek.

W 1951 roku zebrał swoje obserwacje w raporcie dla Światowej Organizacji Zdrowia. Tekst wywołał burzę i realnie zmienił praktykę w szpitalach oraz domach dziecka, gdzie do tej pory ograniczano rodzicom odwiedziny, bo po nich dzieci płakały głośniej. Potem Bowlby rozwinął te wnioski w trylogii Attachment and Loss, której pierwszy tom ukazał się w 1969 roku. Jego teza była wtedy radykalna. Potrzeba bliskości nie jest rozpieszczaniem, z którego dziecko wyrasta. To wrodzony system, który wyewoluował, bo młode trzymające się blisko dorosłego miały większe szanse przeżyć drapieżniki, chłód i głód.

W takim ujęciu nawet rozpacz dwulatka w chwili, gdy rodzic znika za rogiem, zaczyna mieć sens. Płacz, wyciągnięte ręce, raczkowanie za Tobą to nie fochy. To alarm z jednym zadaniem: utrzymać ochroniarza w zasięgu. Bowlby nazywał rodzica bezpieczną bazą, punktem, z którego dziecko wyrusza w świat właśnie dlatego, że wie, że ma dokąd wrócić.

Tu rodzi się wewnętrzny model roboczy. Z tysięcy drobnych wymian dziecko składa odpowiedzi na trzy niewypowiedziane pytania. Czy ktoś przyjdzie, kiedy zawołam? Czy jestem wart uwagi? Czy temu światu można ufać? Odpowiedzi zapisują się, zanim dziecko nauczy się mówić.

Małpy Harlowa

Wróćmy do tych małp, bo szczegóły mają tu znaczenie. Młode Harlowa przywierały do materiałowej matki godzinami, a do drutowej podchodziły tylko na szybki łyk i zaraz wracały. Kiedy coś je wystraszyło, głośna mechaniczna zabawka albo nieznany przedmiot, biegły do miękkiej figury i wtulały się w nią, dopóki się nie uspokoiły. Jej obecność działała też jak punkt startowy. W pokoju pełnym nieznanych rzeczy małpki, które ją miały, po chwili ruszały na zwiad. Te bez niej kuliły się w kącie i nie badały niczego.

Karmienie nie wytwarzało więc więzi. Wytwarzał ją kontakt. Ciepło, miękkość i poczucie, że jest się czego złapać, ważyły więcej niż kalorie. Harlow nazwał to komfortem kontaktu i rozbił panujące wtedy przekonanie, że dziecko kocha matkę w ramach nagrody za jedzenie.

Eksperyment był brutalny i dziś nie przeszedłby przez żadną komisję etyczną. Pokazał jednak coś, o czym Bowlby przekonywał wyłącznie na podstawie obserwacji klinicznych: system przywiązania sięga po bliskość, nie po jedzenie.

Obca sytuacja

Przez długi czas teoria Bowlby'ego była bliżej filozofii niż nauki. Przywiązania nie dało się zmierzyć. Narzędzie dostarczyła jego współpracowniczka, psycholog Mary Ainsworth. Na początku lat siedemdziesiątych w Baltimore dopracowała procedurę nazwaną Obcą sytuacją.

Przebieg jest zaskakująco zwyczajny. Rodzic i dziecko w wieku mniej więcej od 12 do 18 miesięcy wchodzą do pustawego pokoju z kilkoma zabawkami. Przez jakieś dwadzieścia minut rozgrywa się osiem krótkich epizodów. Wchodzi obca osoba. Rodzic po cichu wychodzi i zostawia dziecko samo na chwilę. Potem wraca, a cała sekwencja powtarza się jeszcze raz.

Ainsworth nie interesowało przede wszystkim to, jak mocno dziecko płacze przy wyjściu. Płacze niemal każde. Kluczowe było powitanie, czyli to, co maluch robi w chwili, gdy rodzic znowu staje w drzwiach. Reakcja na powrót zdradza strategię, jaką dziecko wypracowało wobec tej konkretnej osoby.

Wyłoniły się trzy wzorce, a czwarty dołożyli później Mary Main i Judith Solomon w 1986 roku. Mniej więcej dwie trzecie dzieci ma przywiązanie bezpieczne, reszta rozkłada się na trzy formy pozabezpieczne.

Typ przywiązaniaGdy rodzic wychodziGdy rodzic wracaOrientacyjna częstość
BezpieczneZwykle przeżywa rozstanie, szuka rodzicaSzybko się uspokaja i wraca do zabawyokoło dwie trzecie
UnikająceNa zewnątrz spokojne, bawi się dalejIgnoruje rodzica albo omija kontaktmniej więcej jedna piąta
Lękowe (ambiwalentne)Ogromna rozpacz, trudno je ukoićLgnie do rodzica i zaraz odpycha go ze złościąmniejsza grupa
ZdezorganizowaneBrak wyraźnej strategiiSprzeczne ruchy, zastyganie, dezorientacjaczęstsze w rodzinach wysokiego ryzyka

Grupa unikająca myli obserwatora najbardziej. Z zewnątrz dziecko zachowuje się tak, jakby wyjście rodzica nic dla niego nie znaczyło, i uchodzi za wyjątkowo samodzielnego, zadowolonego malucha. Pomiary tętna i kortyzolu, hormonu stresu, mówią coś odwrotnego. W środku jest pobudzone tak samo jak te płaczące, tylko nauczyło się tego nie pokazywać. Ten spokój to strategia, nie luz. Dorośli chwalą takie dziecko za to, że nie sprawia kłopotów, i jest to jedno z najtrwalszych nieporozumień w całej tej dziedzinie.

Co kształtuje przywiązanie

Dlaczego więc jedno dziecko buduje przywiązanie bezpieczne, a inne pozabezpieczne? Odpowiedź Ainsworth nie brzmiała: dochód w domu ani liczba zabawek. Brzmiała: wrażliwa responsywność, czyli zdolność opiekuna do wychwycenia sygnałów dziecka i odpowiedzi, która do nich pasuje.

Ten punkt zasługuje na chwilę uwagi, bo narosło wokół niego mnóstwo niepotrzebnego rodzicielskiego poczucia winy. Wrażliwa responsywność nie oznacza dostępności w każdej sekundzie i trafiania za każdym razem. Raczej odwrotnie. Psychoanalityk dziecięcy Donald Winnicott mówił o "wystarczająco dobrej matce", czyli rodzicu, który zaspokaja potrzeby dziecka na tyle niezawodnie, żeby czuło się bezpiecznie, ale nie tak bezbłędnie, żeby nigdy nie natknęło się na żadną frustrację.

W praktyce wygląda to niepozornie. Roczna dziewczynka zrzuca łyżeczkę z krzesełka i zaczyna płakać. Mama zakłada, że to głód, więc najpierw podsuwa jej kawałek jedzenia, a płacz tylko przybiera na sile. Dopiero potem zauważa łyżeczkę na podłodze, podaje ją z powrotem i łzy znikają. Nigdy nie chodziło o jedzenie, tylko o zgubioną łyżeczkę, a rodzic trafił za drugim razem. Takich mikromomentów w ciągu jednego dnia są dziesiątki. Rodzic nie musi zgadywać za pierwszym podejściem. Musi próbować dalej.

Psycholog rozwojowy Edward Tronick poszedł o krok dalej. Jego eksperyment "kamiennej twarzy" (still-face, 1975) wciąż należy do najmocniejszych demonstracji tego, jak wcześnie niemowlę zaczyna aktywnie współtworzyć relację. Układ jest prosty. Matka przez dwie minuty bawi się normalnie ze swoim kilkumiesięcznym dzieckiem. Grucha do niego, uśmiecha się, odpowiada na jego dźwięki. Potem na sygnał zastyga: dalej patrzy na dziecko, ale ma zupełnie nieruchomą twarz, bez uśmiechu i bez odpowiedzi.

To, co dzieje się dalej, trudno oglądać nawet na nagraniu. Niemowlę najpierw wyciąga cały repertuar, który kiedykolwiek zadziałał. Uśmiech, pisk, wyciągnięty palec, ręce w górę. Kiedy nic nie skutkuje, dziecko wyraźnie się rozstraja: odwraca głowę, kuli się, czasem wybucha płaczem. Dwie, trzy minuty bez reakcji wystarczą, żeby rozłożyć malucha, któremu poza tym niczego nie brakuje. Gdy matka "odmarza" i wraca do kontaktu, większość dzieci pozbiera się w kilka sekund.

Tronick wyciągnął z tego dwa wnioski. Niemowlę nie jest biernym odbiorcą opieki, tylko aktywnym partnerem, który czegoś od tej wymiany oczekuje i rozsypuje się bez tego. Jego nagrania pokazały też, że zwykła interakcja rodzica z dzieckiem przez większość czasu jest lekko rozstrojona. Rodzic przegapia sygnał, dziecko odwraca wzrok, coś nie pasuje.

O wyniku nie decyduje to, czy takie potknięcia się zdarzają. Zdarzają się wszystkim. Decyduje naprawa: rodzic zauważa rozminięcie, wraca do kontaktu, a dziecko się uspokaja. Z tej niekończącej się serii drobnych pęknięć i pojednań wyrasta przekonanie, że relacje da się naprawiać.

Ile dzieciństwo przesądza o dorosłości

Teraz część, która niepokoi wielu rodziców. Skoro przywiązanie kształtuje się tak wcześnie, to czy pierwszy rok albo dwa przesądzają o wszystkich późniejszych relacjach? Krótka odpowiedź brzmi: nie.

Metaanaliza R. Chrisa Fraleya z 2002 roku, która zebrała badania długofalowe śledzące ludzi od niemowlęctwa do dorosłości, znalazła tylko umiarkowany związek między wczesnym przywiązaniem a późniejszym. Fraley zestawił ze sobą dwa modele. W pierwszym człowiek niesie wczesny wzorzec mniej więcej bez zmian, w drugim pierwotny model jest wciąż przepisywany przez nowe doświadczenia. Dane lądują gdzieś pośrodku. Wczesne przywiązanie coś sugeruje. Nie przesądza prawie niczego.

Psychologowie mają nawet nazwę na tę optymistyczną stronę: wypracowane bezpieczeństwo (earned security). Opisuje ludzi, którzy dorastali w przywiązaniu pozabezpiecznym, a mimo to zbudowali w dorosłości styl bezpieczny. Przywiązanie nie jest betonem, który tężeje w osiemnastym miesiącu życia.

Jak takie przepisywanie wygląda na co dzień? Najczęściej dochodzi do niego w długiej relacji z kimś, kto reaguje przewidywalnie. Partner, który nie robi się chłodny, kiedy mówisz, czego potrzebujesz. Przyjaciółka, która odbiera telefon po północy. Bywa, że tę rolę odegra nawet szef, który na złą wiadomość reaguje pytaniem zamiast podniesionym głosem. Stary model roboczy twierdzi, że na nikim nie można polegać. Nowe doświadczenie wciąż mu zaprzecza, a gdy powtarza się wystarczająco długo, nowsza wersja zaczyna wygrywać.

Druga droga wiedzie przez terapię. Terapeuta na jakiś czas przejmuje rolę bezpiecznej bazy: kogoś, przy kim można wypróbować rzeczy, na które w domu nie było miejsca. Powiedzenie na głos, co Ci przeszkadza. Przyznanie się do strachu bez spinania się na karę. Żadna z tych dróg nie jest szybka. Nie naprawia tego jedno mocne przeżycie, tylko setki drobnych, które się sumują, dokładnie tak jak kiedyś te pierwotne.

Pamiętasz ze swojego dzieciństwa moment, w którym po prostu wiedziałeś, że masz dokąd wrócić? Nie musi być dramatyczny. Większości ludzi wystarczyło przeczucie, że jeśli coś pójdzie nie tak, ktoś będzie w domu. A jeśli żadne takie wspomnienie Ci się nie nasuwa, to nie jest wyrok. Słowo "wypracowane" niesie tu cały sens: bezpieczeństwo da się zbudować także dużo później.

Jak dokładnie to samo przywiązanie działa w dorosłym związku, to osobny temat, który omawiamy w poradniku o przywiązaniu w dorosłych relacjach. Jeśli chcesz sprawdzić, gdzie plasujesz się Ty, możesz poznać swój dorosły styl przywiązania w krótkim teście.

"Rodzicielstwo bliskości" to nie teoria przywiązania

Jedna rzecz myli rodziców chyba bardziej niż wszystkie pozostałe. Słowo "przywiązanie" pojawia się w dwóch zupełnie różnych miejscach. Obok naukowej teorii przywiązania istnieje popularny nurt wychowawczy, attachment parenting, po polsku rodzicielstwo bliskości, który w latach dziewięćdziesiątych rozsławił pediatra William Sears. Opiera się na konkretnych praktykach: noszeniu dziecka w chuście, wspólnym spaniu, długim karmieniu piersią.

Brzmi logicznie, tyle że naukowo te dwa "przywiązania" mają ze sobą mniej wspólnego, niż sugeruje wspólne słowo. Sama nazwa była bardziej marketingiem niż wnioskiem z badań, a niejeden badacz przywiązania kręci nosem, gdy nurt myli się z teorią. Ani u Bowlby'ego, ani u Ainsworth nie padło nigdy zdanie, że bezpieczną więź produkuje chusta albo wspólny materac.

Różnica jest subtelna i ma znaczenie. Badania przewidują bezpieczne przywiązanie na podstawie wrażliwej responsywności, czyli tego, czy rodzic czyta dziecko i mu odpowiada. Nie na podstawie tego, czy maluch śpi w łóżku rodziców, czy w łóżeczku obok. Chusta może responsywność ułatwić, bo dziecko jest bliżej i jego sygnały zostają zauważone szybciej. Sama w sobie nie gwarantuje żadnej konkretnej więzi, a rodzic, który chusty nie używa, niczego nie traci.

Dla wielu zmęczonych rodziców ta różnica brzmi jak ulga. Bezpieczeństwa nie daje się dziecku przez odhaczanie listy praktyk. Daje się je przez uwagę, niedoskonałą i powtarzaną dzień po dniu, oraz przez to, że po drodze rozumie się dziecko odrobinę lepiej. Więź, którą opisał Bowlby, wyrasta ze zwykłego, codziennego zauważania, a nie z tego, że rodzic robi wszystko dobrze.

Polecany test

Wypróbuj Styl przywiązania

Dowiedz się więcej o sobie - test jest darmowy, a wyniki otrzymasz od razu.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Relacje i komunikacja