Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Nocny marek: dlaczego rano nic nie idzie
Psychologia i dobrostan

Nocny marek: dlaczego rano nic nie idzie

Wieczorny typ to nie lenistwo, tylko przesunięty zegar wewnętrzny. Atuty sów, koszty porannego świata i jak ułożyć dzień pod siebie.

Kasia projektuje okładki książek i według własnych słów do jedenastej przed południem nie ma z nią sensu ustalać niczego ważnego. Rano przesuwa warstwy w tę i we w tę, patrzy na to i po południu zwykle kasuje. Około dziesiątej wieczorem, kiedy w pracowni gasną światła u pozostałych, przychodzi rozwiązanie, na które daremnie czekała cały dzień.

Tej różnicy nie robi silna wola ani ilość kawy. To przesunięcie fazy wewnętrznego zegara, które da się zmierzyć i które między dwiema osobami potrafi wynieść cztery godziny. Kasia należy do typów wieczornych, o których mówi się nocne marki, a jej kłopot nie polega na tym, że źle pracuje. Jej kłopot polega na tym, że świat pracy zaczyna się o ósmej.

Nocny marek to ustawienie zegara, nie wada charakteru

W głębi mózgu siedzi grupa komórek, która odmierza mniej więcej dobowy cykl. Sama z siebie nie trafia dokładnie w dwadzieścia cztery godziny, więc każdego ranka dostraja ją światło. Na tym wewnętrznym takcie wisi reszta dnia: spadek temperatury ciała, wydzielanie melatoniny, czyli hormonu wywołującego senność, popołudniowy dołek i wieczorna druga fala energii.

U sowy cała krzywa jest przesunięta do tyłu. Melatonina rusza później, temperatura ciała spada później, poranne budzenie wypada więc w fazie, w której organizm tkwi jeszcze głęboko w nocnej części cyklu. Stąd bierze się ta słynna mgła do jedenastej. Nie chodzi o niedobór snu, choć ten często dochodzi do tego z osobna. Chodzi o to, że budzik wyciągnął cię z fazy, której ciało nie zdążyło dokończyć.

Ile z tego jest wrodzone, a ile wyuczone? Badania bliźniąt wskazują, że znaczną część różnic między ludźmi wyjaśnia dziedziczność. Chronotyp przenosi się w rodzinach podobnie jak wzrost: rodzice nie przekazują ci konkretnej godziny wstawania, przekazują ci skłonność do jednego końca osi. Resztę dostraja otoczenie, przede wszystkim to, ile dziennego światła łapiesz i o której.

Rolę gra też to, co robi z tobą zmiana rytmu. Ktoś przelatuje dwie strefy czasowe i następnego dnia funkcjonuje. Ktoś inny dochodzi do siebie po przesunięciu o godzinę przez tydzień. Pierwszy ma elastyczny rytm, drugi stały rytm, i jest to oś niezależna od tego, czy jesteś typem porannym, czy wieczornym. Sowa ze stałym rytmem ma w porannym świecie najtrudniej ze wszystkich kombinacji, bo nie pasuje jej ani pora, ani zdolność dostosowania się. Obie osie rozkłada na czynniki przewodnik po chronotypach.

Najwięcej sów jest w wieku dwudziestu lat

Chronotyp zmienia się w ciągu życia, i to w sposób, który zaskakuje większość ludzi. Niemiecki chronobiolog Till Roenneberg wraz ze współpracownikami opisał w 2004 roku, na danych od dziesiątek tysięcy respondentów, że w okresie dojrzewania rytm przesuwa się ku nocy praktycznie u wszystkich. Nie u części nastolatków. U wszystkich. Szczyt tej sowiości przypada mniej więcej na dwudziesty rok życia, u kobiet nieco wcześniej niż u mężczyzn, a Roenneberg zaproponował, żeby traktować go jako biologiczny znacznik końca dorastania. Po dwudziestce rytm powoli wraca ku porankowi, a w wieku sześćdziesięciu lat przeciętny człowiek jest bardziej poranny, niż był jako dwunastolatek.

Wynika z tego kilka praktycznych rzeczy. Piętnastolatek, który o jedenastej wieczorem nie idzie spać, a rano nie daje się dobudzić, nie robi tego na złość. Prawdą jest też, że jeśli byłeś sową w wieku dwudziestu lat, a po czterdziestce budzisz się o siódmej sam z siebie, nie zmieniła cię dyscyplina, tylko wiek. Najmniej przyjemny wniosek pojawia się wtedy, gdy masz po trzydziestce i wciąż jesteś wyraźną sową: to prawdopodobnie nie faza przejściowa, tylko twoje rzeczywiste ustawienie.

Roenneberg pokazał zarazem na dużych próbach, że rozkład chronotypów ma kształt dzwonu. Większość populacji leży gdzieś pośrodku, czyli tam, gdzie w naszej terminologii siedzi gołąb. Wyrazistych sów jest mniejszość, ale z pewnością nie są rzadkością, a lekką skłonność ku wieczorowi ma spora część ludzi, którzy nigdy nie myśleli o sobie jak o nocnych typach.

W czym typy wieczorne mają przewagę

Tu trzeba uważać, bo internet jest pełen twierdzeń, że sowy są bardziej kreatywne albo inteligentniejsze. Kilka badań rzeczywiście znalazło słabe związki między typem wieczornym a niektórymi miarami zdolności umysłowych, tyle że efekty są niewielkie, wyniki niespójne, a pod innymi względami sowy wypadają gorzej, choćby w ocenach szkolnych albo w sumienności. Różnice między pojedynczymi osobami wewnątrz każdego chronotypu są dużo większe niż różnice między chronotypami. Kto ci wmawia, że sowy są zdolniejsze, sprzedaje ci komplement.

Realne atuty typu wieczornego są bardziej przyziemne i bardziej użyteczne:

  • Wynik zgodny z własną fazą. Psychologiczne badania nad uwagą i pamięcią raz po raz pokazują, że ludzie radzą sobie lepiej o porze dnia odpowiadającej ich chronotypowi. Sowa badana o ósmej rano wygląda na kogoś słabszego. Ta sama sowa o szóstej wieczorem wygląda na kogoś zupełnie innego.
  • Wieczorny spokój. Po dziewiętnastej nie przychodzą maile, nikt nie zwołuje narady, a telefon milczy. Sowa ma codziennie dostęp do dwóch, trzech godzin niezakłóconej pracy, i to bez wstawania o piątej.
  • Wytrzymałość późną porą. Kiedy praca przeciąga się w noc, typy wieczorne zwykle utrzymują formę dłużej niż poranne, którym o tej godzinie wydajność leci na łeb na szyję. Przydatne przy terminach, w pracy zmianowej i przy współpracy z zespołami zza oceanu.
  • Popołudniowy rozruch. Kiedy koledzy po obiedzie walczą ze spadkiem energii, sowa dopiero się porządnie budzi. Blok popołudniowy, którego reszta się boi, bywa dla typu wieczornego najbardziej produktywną częścią dnia pracy.

Odpowiedz sobie na to konkretnie: ile twoich najlepszych zawodowych pomysłów z ostatniego roku powstało przed południem? Jeśli naliczysz niewiele, nie masz problemu z poranną produktywnością. Masz źle ustawiony grafik.

Ile sowa płaci za poranny świat

Atuty typu wieczornego mają jeden warunek: musisz dostać sen, którego potrzebujesz. I właśnie tego poranny świat sowom nie daje. Zasypiasz o północy albo później, bo wcześniej się po prostu nie da, a budzik dzwoni o wpół do siódmej. Brakującą godzinę czy dwie zapisujesz każdego dnia roboczego na dług, a w sobotę próbujesz go spłacić spaniem do jedenastej.

To weekendowe przesunięcie ma swoją nazwę. Roenneberg na różnicę między tym, kiedy śpisz w wolne dni, a tym, kiedy śpisz w dni pracy, wprowadził pojęcie jetlag społeczny: zachowujesz się tak, jakbyś w każdy piątek przelatywał na zachód, a w poniedziałek z powrotem. Ciało nigdzie nie podróżowało, dostaje tylko sprzeczne polecenia. Problemem nie jest samo odsypianie w weekend, tylko to, że raz po raz przesuwa wewnętrzny zegar dokładnie przed dniem, w którym potrzebujesz go najbardziej z przodu. Jak z tego wyjść, tłumaczy tekst o jetlagu społecznym.

Warto przy okazji rozdzielić dwie rzeczy, które ciągle się zlewają w jedno. Pierwsza to chronotyp, czyli kiedy masz szczyt, a kiedy dno. Druga to dług senny, czyli ile godzin łącznie ci brakuje. Większość tego, czego sowy w sobie nie znoszą, idzie na konto długu, a nie przesunięcia: rozdrażnienie, zapominanie, ochota na słodycze przed południem, marne skupienie na naradzie. Sowa, która śpi siedem i pół godziny od pierwszej do wpół do dziewiątej, jest w południe kimś innym niż sowa, która śpi pięć godzin od pierwszej do szóstej. Faza ta sama, dług nie.

Druga danina jest społeczna i boli często bardziej niż ta biologiczna. Wczesne wstawanie to w naszej kulturze kategoria moralna. Kto wstaje o piątej, jest pracowity. Kto o dziewiątej, jest wygodnicki. Sowa, która przychodzi do biura o wpół do dziesiątej i wychodzi o dziewiętnastej, przepracowuje tyle samo godzin co kolega od siódmej do wpół do piątej, tyle że widać wyłącznie to spóźnione wejście. Wyjścia już nikt nie odnotowuje.

Łatka lenia ma przykry skutek uboczny: sowy często ją sobie przyswajają. Latami słyszą, że wystarczyłoby chcieć, więc zaczynają tłumaczyć własną poranną mgłę słabością charakteru. Potem dokładają kolejne podejście do wstawania o piątej, po dziesięciu dniach ono się sypie i potwierdza to, w co i tak już wierzyły. A jedyne, co ta próba naprawdę pokazała, to przesunięcie wewnętrznego zegara.

Jak zbudować dzień, kiedy świat zaczyna o ósmej

Większość sów nie ma jak przestawić całego dnia pod siebie. Kilka rzeczy da się jednak przesunąć nawet w zwykłej pracy, a różnica w tym, co udaje się zrobić, bywa zaskakująco duża. Wskazówka jest prosta: rano rób rzeczy, które nie wymagają oceny sytuacji, a to, co trudne, zostaw na godziny, kiedy nie śpisz również w środku.

Pora dniaCo sowie zwykle wychodziCzego tu nie planować
7:00-10:00Rutyna, papiery, porządkowanie poczty, zadania mechaniczneDecyzje, prezentacje, trudne wyliczenia
10:00-13:00Rozruch, spotkania, kontakt z innymiPraca wymagająca głębokiego skupienia
14:00-18:00Główny blok pracy, analiza, tworzenieNarady, które spokojnie mogłyby być rano
19:00-23:00Niezakłócone skupienie, pomysły, domykaniePraca, której nie umiesz skończyć o rozsądnej porze

Z porannymi spotkaniami da się negocjować więcej, niż ludziom się wydaje. Nie musisz tłumaczyć chronotypu ani przepraszać za biologię, wystarczy rzeczowy argument: „Przygotuję lepsze materiały, jeśli przesuniemy to na wpół do jedenastej". Większości firm chodzi o wynik, a nie o godzinę na budziku. Jeśli przesunięcie nie wchodzi w grę, spróbuj przynajmniej wywalczyć, żeby poranny blok był o statusie i organizacji, a nie o decyzjach budżetowych.

Poranne godziny idą lepiej na autopilocie. Im mniej decyzji podejmiesz do dziesiątej, tym mniej błędów narobisz. Ubranie przygotuj wieczorem, śniadanie miej zawsze takie samo, a pierwszą godzinę w pracy ustaw jako niezmienną sekwencję czynności. Autopilot dobrze znosi mgłę w głowie, bo nie potrzebuje oceny sytuacji, tylko nawyku.

Blok wieczorny kryje jedną pułapkę, o której mało się mówi. Kiedy o kwadrans po dwudziestej drugiej wreszcie wskakuje skupienie, przerwać jest strasznie trudno, więc praca rozciąga się do pierwszej w nocy, a poranny budzik dzwoni tak samo. Sowa, która nie pilnuje końca, przepuszcza własny atut na poczet długu sennego. Pomaga twarda granica ustawiona wcześniej, najlepiej czymś zewnętrznym: umówiona wieczorna rozmowa albo aplikacja, która o danej godzinie sama się zablokuje. Decyzji „jeszcze pół godziny" o pierwszej w nocy nie podejmujesz ty, tylko ten rozpędzony stan.

W domu dochodzi jeszcze jeden czynnik, o którym teksty o produktywności zapominają: partner z odwrotnym ustawieniem. Skowronek chce rozmawiać o poważnych sprawach przy śniadaniu, a sowa właśnie wtedy nie składa zdania. Wieczorem role się odwracają i kłótnia wygląda potem na złą wolę z obu stron. Zwykle wystarczą dwie umowy: poważnych rozmów nie prowadzimy przed dziewiątą rano, a ostatnia godzina wieczoru należy do każdego osobno.

I jedna rzecz, która działa niezależnie od tego, czy chcesz cokolwiek przesuwać: światło zaraz po przebudzeniu. Nie po to, żeby przestawiać zegar, tylko dlatego, że skraca poranną mgłę. Dziesięć minut na dworze po drodze na tramwaj daje więcej niż druga kawa, bo kawa maskuje zmęczenie, a światło wysyła wewnętrznemu zegarowi sygnał, że dzień się zaczął.

Kiedy warto się przesuwać, a kiedy nie

Umiarkowane przesunięcie jest realne. Godzina, u kogoś półtorej, jeśli zejdą się poranne światło, ciemniejsze wieczory, stała godzina wstawania także w weekend i cierpliwość liczona w tygodniach. Piętnastominutowe kroki działają lepiej niż skok, bo przy skoku po prostu leżysz godzinę w łóżku i się złościsz. Szczegółową procedurę znajdziesz w tekście o tym, jak wstawać wcześniej.

Realne nie jest za to przebiegunowanie. Z mocnej sowy nie zrobi się skowronek, choćby wytrwała rok. Fazę przesuniesz o kawałek, ale kolejność na osi zostanie: wśród ludzi wokół ciebie nadal będziesz tym późniejszym. Kto to przyjmie, przestaje marnować energię na walkę i zaczyna ją wkładać w taki układ dnia, który mu pasuje.

W wyborze między przesuwaniem a dostosowaniem pomaga kilka pytań. Ile porannych obowiązków masz naprawdę sztywnych? Ile z nich dałoby się przesunąć, gdyby ktoś się uparł? Jak długo wytrzymała ostatnia próba porannego trybu i co ją zakończyło? A jeśli nie wiesz, gdzie dokładnie na osi jesteś i jak bardzo rozstraja cię zmiana rytmu, pokaże ci to w kilka minut test chronotypu.

Bywają sytuacje, w których rozsądniej szukać trybu niż przeuczać samego siebie. Wolny zawód, praca zmianowa z możliwością wyboru, współpraca z zamorskimi zespołami albo branża, w której liczy się oddana robota, a nie obecność w pokoju. Sowa, która trafi w takie miejsce, zwykle w pół roku odkrywa, że przez wiele lat brała za osobistą porażkę coś, co było wyłącznie konfliktem grafików.

Kasia rozwiązała to w końcu drobną zmianą. Przestała planować na przedpołudnie cokolwiek, co wymaga pomysłu, a rozmowy z klientami przesunęła za czternastą. Rano robi teraz korekty, faktury i odpowiedzi na maile. Spróbuj przez miesiąc zapisywać godzinę, o której po raz pierwszy tego dnia przychodzi ci do głowy coś używalnego. Ten zapis powie ci o twoim grafiku więcej niż jakiekolwiek postanowienie o wstawaniu o piątej.

Polecany test

Wypróbuj Test chronotypu

Ranny ptaszek czy nocna sowa? Kiedy masz energię i jak stały jest Twój rytm.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności