Trzy osoby z jednego zespołu mają oddać tę samą prezentację do piątku. Marek otwiera plik we wtorek, czyta pierwszy slajd i zamyka go, bo temat nudzi go niemal fizycznie. Kasia zagląda do pliku pięć razy dziennie, przepisuje jeden nagłówek i zaraz go kasuje. Ich kolega Paweł naprawdę się do tego zabrał, tyle że potem przyszła jedna wiadomość, po niej „tylko na chwilę" sprawdził coś w sieci i zrobiła się wpół do piątej.
Z zewnątrz to jedno i to samo zachowanie: w piątek rano nikt nie ma gotowego. W środku to trzy zupełnie różne historie. Właśnie dlatego warto mówić o rodzajach prokrastynacji, a nie o prokrastynacji jako o jednej cesze. Rada, która postawi Marka na nogi, Kasi niezawodnie zaszkodzi.
Etykieta „prokrastynator" niczego nie załatwia
Określenie prokrastynator opisuje skutek, nie przyczynę. To trochę tak, jakby trzem osobom z gorączką powiedzieć, że są „gorączkowe", i przepisać im ten sam lek. Odkładanie rodzi się z różnych emocji i to właśnie emocja decyduje o tym, co zadziała.
Piers Steel w metaanalizie z 2007 roku przeszedł setki badań i doszedł do wniosku, że najsilniejszym osobowościowym predyktorem zwlekania jest impulsywność. Wśród głównych powodów sytuacyjnych stoi natomiast niechęć do zadania, czyli zwykły fakt, że komuś się w coś nie chce. Już to podpowiada, że pod tym samym zachowaniem pracują co najmniej dwa różne silniki.
Fuschia Sirois i Tim Pychyl w 2013 roku opisali, co te silniki łączy: prokrastynacja działa jak doraźna naprawa nastroju. Odłożenie natychmiast usuwa nieprzyjemne uczucie, a mózg tę ulgę dobrze zapamiętuje. Zwlekanie jest więc problemem regulacji emocji, a nie zarządzania czasem, i już na pewno nie lenistwa.
Tłumaczy to, dlaczego większość ogólnych rad zawodzi. Kalendarz, aplikacja do zadań i system priorytetów rozwiązują harmonogram, tyle że harmonogram nigdy nie był problemem. Nikt z nas nie odkłada nieprzyjemnego telefonu dlatego, że nie wie, kiedy ma wolną chwilę.
Rodzaje prokrastynacji różnią się tym, przed jaką emocją uciekasz. W kalendarzu nuda, obawa o wynik i ochota na coś natychmiast ciekawszego wyglądają identycznie. W głowie już nie. Przypomnisz sobie ostatnią rzecz, którą odsunąłeś, a przede wszystkim to, co wtedy czułeś?
Zwlekanie z nudy i niechęci do zadania
Pierwsze źródło da się streścić zdaniem „jeszcze nie, nie mam teraz nastroju". Zadanie nie jest ani trudne, ani groźne. Jest nudne. Rozliczenie delegacji, przepisanie notatek ze spotkania, aktualizacja tabelki, której i tak nikt nie czyta.
Marek ze wstępu to podręcznikowy przypadek. Potrafi trzy godziny z rzędu dopieszczać coś, co go wciąga, ale na piętnastominutowym formularzu wykłada się czwarty dzień z rzędu. Nie brakuje mu energii ani umiejętności, brakuje mu powodu, żeby zrobić to właśnie teraz. Umysł podsuwa w takiej chwili pozornie rozsądny kompromis: zrobię, jak będę w lepszym nastroju.
Ten typ poznaje się po wyborze pracy, nie po jej ilości. Ludzie, których hamuje prokrastynacja z nudy, wieczorem często mają za sobą sporo zrobione. Tylko nie tę jedną rzecz z listy, która sterczy tam od zeszłego tygodnia.
Kilka sygnałów, po których rozpoznasz to źródło:
- zadanie zajęłoby ci dwadzieścia minut, a mimo to wisi na liście już trzeci tydzień
- kiedy w końcu się za nie bierzesz, zaskakuje cię, jak szybko jest po wszystkim
- zamiast odkładanej rzeczy zwykle robisz inną pracę, a nie rozrywkę
- pierwsze słowo, jakie ci się z nią kojarzy, brzmi „nuda"
Pomaga wszystko, co dorzuci zadaniu bodźca albo je skróci: minutnik na dwadzieścia minut, praca w parze, muzyka, zebranie nudnych spraw w jeden blok z wyraźnym końcem. Odwrotnie działa ostrzejszy plan i większy zapas czasu, bo wydłużają okres, w którym można negocjować sam ze sobą.
Zwlekanie ze strachu i perfekcjonizmu
Drugie źródło mówi inaczej: „to jeszcze nie jest dość dobre". Tutaj odkładasz rzecz, na której ci zależy, i odkładasz ją właśnie dlatego, że ci zależy. Dopóki nie zacząłeś, wynik wciąż jest teoretycznie znakomity. Pierwsza niedoskonała wersja burzy tę iluzję.
Kasia krążyła wokół prezentacji cały tydzień. Przeczytała trzy podobne prezentacje konkurencji, dwa razy poprawiła szablon i dwa razy napisała slajd otwierający, żeby go potem zaznaczyć i skasować. Gdyby ktoś zmierzył czas, który nad tym spędziła, wyszłoby jej więcej niż Markowi i Pawłowi razem wziętym.
I tu pojawia się nieprzyjemnie kontrintuicyjna część: osoby z tym źródłem zwykle nie wyglądają na prokrastynatorów. Bywają sumienne, pracowite i sprawiają wrażenie zajętych, bo godzinami zajmują się przygotowaniem, researchem i dopracowywaniem formy. Zwłoka chowa się w pracy, która wygląda pożytecznie, a przesuwa moment, w którym ma powstać coś do oceny.
Odblokowuje to zwykle dopiero termin. Kiedy do oddania zostaje kilka godzin, poprzeczka opada sama, a mózg wreszcie pozwala zrobić robotę „tylko dobrze". Dlatego rada „daj sobie na to więcej czasu" przy tym typie zawodzi: dłuższy termin oznacza dłuższy okres, w którym można wątpić, i tak samo szaleńczą końcówkę.
Działa świadome obniżenie poprzeczki dla pierwszej wersji, oddzielenie pisania od poprawiania i ustalona z góry definicja tego, co znaczy „gotowe". Jeszcze lepszą przysługę zrobisz sobie, pokazując niedokończoną pracę wcześniej, niż będziesz miał na to ochotę. Zależności wokół perfekcjonizmu i prokrastynacji warto poczytać osobno, bo to źródło lubi udawać cnotę.
Zwlekanie z impulsywności i rozproszenia
Trzecie źródło ma najkrótsze zdanie wewnętrzne: „tylko zerknę na jedną rzecz". Zadanie ci nie przeszkadza, a nawet mogłeś je bez trudu zacząć. Tyle że po drodze pojawiło się coś, co obiecywało nagrodę od razu, i uwaga przeniosła się, zanim zdążyłeś zarejestrować decyzję.
Paweł w poniedziałek naprawdę otworzył prezentację. Przyszła wiadomość od kolegi, którą trzeba było załatwić, potem musiał sprawdzić jedną liczbę, po czym w przeglądarce nazbierało się jedenaście kart, a z pierwotnego pliku zostały dwa akapity. Wieczorem miał poczucie, że cały dzień gdzieś mu wyparował, i nie umiał powiedzieć dokładnie gdzie.
Ustalenie Steela o impulsywności celuje dokładnie tutaj. Różnica wobec dwóch pierwszych źródeł polega na tym, gdzie leży wyzwalacz: nie siedzi w zadaniu, siedzi w otoczeniu. Zwlekanie nie odbywa się więc w dniach, tylko w minutach, które się sumują.
Zdradliwa jest zwłaszcza cena powrotu. Każdy objazd kosztuje więcej niż te kilka minut, które zabrał, bo do rozgrzebanej pracy wraca się powoli i trzeba sobie od nowa przypomnieć, gdzie się skończyło. Otoczenie dobrze to zresztą wykorzystuje: aplikacje i komunikatory są zbudowane tak, żeby nagroda przyszła, zanim zdążysz rozważyć, czy w ogóle jej chcesz.
Skuteczne jest więc modyfikowanie środowiska, nie motywacji. Zamknięte karty, telefon w innym pokoju, jedno widoczne zadanie na ekranie, sztywny blok czasu. Kto na prokrastynację z rozproszenia odpowiada przemową o dyscyplinie, walczy z systemem, który ma potworną przewagę.
Trzy źródła obok siebie
Poniższa tabela podsumowuje, czym poszczególne typy prokrastynatorów różnią się w praktyce. Spróbuj przy każdym wierszu oszacować, jak często zdarza ci się to u siebie.
| Źródło | Wyzwalacz | Zdanie wewnętrzne | Typowy objaw | Co pomaga |
|---|---|---|---|---|
| Nuda i niechęć | Zadanie jest nudne albo rutynowe | „Jeszcze nie, nie mam teraz nastroju." | Reszta pracy idzie gładko, jedna pozycja leży tygodniami | Krótkie bloki z minutnikiem, bodziec, zebranie nudnych zadań razem |
| Strach i perfekcjonizm | Ryzyko, że wynik nie będzie dość dobry | „To jeszcze nie jest dość dobre." | Nieskończone przygotowania, przepisywanie początku, czekanie na idealne warunki | Celowo surowa pierwsza wersja, jasna definicja gotowego, wczesna informacja zwrotna |
| Impulsywność i rozproszenie | Bodziec z otoczenia z natychmiastową nagrodą | „Tylko zerknę na jedną rzecz." | Praca rusza, ale rozpada się na dziesiątki minutowych objazdów | Zmiana środowiska, jedno widoczne zadanie, tarcie między tobą a rozproszeniem |
Większość ludzi ma w profilu wszystkie trzy źródła, tylko w różnym natężeniu. Decyduje to dominujące, bo wyznacza, gdzie warto zacząć. Ciekawe jest też drugie w kolejności: połączenie strachu z rozproszeniem wygląda inaczej niż połączenie strachu z nudą, choć oba kończą się pustym dokumentem.
A jeśli nie rozpoznajesz siebie w żadnym
Czasem profil wychodzi wyrównany, czyli żadne źródło wyraźnie nie prowadzi. To nie jest błąd pomiaru ani znak, że zwlekanie cię nie dotyczy. Oznacza odkładanie sytuacyjne: reagujesz zależnie od rodzaju zadania, a nie według jednego stałego wzorca.
Taka osoba odsuwa rozliczenie podatku z nudy, prezentację dla zarządu z obawy przed oceną, a pisanie tekstu przez otwarty czat. Praca z tym wygląda wtedy inaczej. Zamiast jednej strategii musisz rozpoznać, o który przypadek chodzi akurat teraz, i sięgnąć po odpowiadające mu rozwiązanie z tabeli powyżej.
Źródło potrafi się poza tym zmieniać razem z kontekstem. W pracy, która cię wciąga, odezwie się raczej rozproszenie, przy nauce z obowiązku nuda, a przy sprawach, w których ktoś cię ocenia, obawy. Dlatego warto sprawdzać swój profil od nowa, kiedy wyraźnie zmienia ci się praca albo sytuacja życiowa.
Swoje główne źródło ustalisz na dwa sposoby. Pierwszy to obserwacja: przez tydzień zapisuj przy każdej odłożonej rzeczy dwa słowa o tym, co wtedy czułeś. Drugi to uporządkowane spojrzenie z zewnątrz, bo własne powody tłumaczymy sobie zwykle tak, żeby brzmiały rozsądniej, niż były. Służy do tego nasz test prokrastynacji: 21 pytań, mniej więcej trzy minuty, a wynikiem jest rozkład wszystkich trzech źródeł i to dominujące.
Traktuj go jako narzędzie do poznania siebie, nie jako diagnostykę. Celem nie jest zdobycie precyzyjniejszej etykietki niż „prokrastynator", tylko wiedza, którą emocję właściwie omijasz, kiedy następnym razem zamkniesz dokument i pójdziesz zaparzyć herbatę.

Česky
Slovensky
English
Polski
Deutsch
Español
Magyar
Italiano
Português
Nederlands