Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Śmiech a zdrowie: co naprawdę wykazały badania
Psychologia i dobrostan

Śmiech a zdrowie: co naprawdę wykazały badania

Śmiech to najlepsze lekarstwo? Skąd wzięło się to zdanie, co udokumentowano o wpływie śmiechu na ból, stres i odporność, a co pozostaje mitem.

Amerykański dziennikarz Norman Cousins kazał sobie w latach sześćdziesiątych wwieźć do szpitalnej sali projektor i skrzynkę z komediami. Leżał z zapalną chorobą kręgosłupa, bóle miał takie, że nie przekręcał się na bok, a rokowania według własnej relacji marne. I wtedy zauważył coś, co zajęło go bardziej niż cała reszta: po dziesięciu minutach porządnego rechotu zasypiał na dwie godziny bez bólu.

Napisał o tym książkę. Anatomy of an Illness ukazała się w 1979 roku i została bestsellerem, a razem z nią poszło w świat zdanie, które od tamtej pory słyszał każdy: śmiech to najlepsze lekarstwo. Cousins wyszedł z choroby, jego historia stała się legendą całej dziedziny, a pytanie, co z niej zostaje w mocy, wisiało w powietrzu przez kolejne czterdzieści lat.

Dlaczego historia Cousinsa nie jest dowodem

To był jeden pacjent, który opisywał samego siebie. Już to wystarczyłoby do ostrożności, ale jest tego więcej. Cousins dostawał równocześnie wysokie dawki witaminy C dożylnie, wyprowadził się ze szpitala do pokoju hotelowego, w którym nikt nie budził go o szóstej rano na pomiar temperatury, i po raz pierwszy od dawna miał poczucie, że o własnym leczeniu decyduje on. Co z tego zadziałało, nie da się rozdzielić po fakcie.

Dochodzi do tego niewygodna cecha tej choroby: u części ludzi ustępuje sama i nikt porządnie nie wie dlaczego. Kiedy z takiego przypadku robi się metodę, powstaje dokładnie ten typ opowieści, którą da się cytować w nieskończoność i sprawdzić nigdy. Cousins zresztą sam nigdy nie twierdził, że komedie leczą. Pisał o własnej roli w leczeniu, o nadziei i o tym, że pacjent nie ma być tylko ciałem na łóżku. Skrót „śmiech leczy" zrobiła z tego dopiero publiczność.

Legenda dziedziny to dobry początek rozmowy. Odpowiedź na pytanie, co śmiech naprawdę robi z ciałem, musi jednak przyjść skądinąd.

Co dzieje się w ciele przy śmiechu

Śmiech jest przede wszystkim zjawiskiem oddechowym. Na jednym wdechu ciało wypycha serię krótkich, regularnych wydechów, a między nimi praktycznie nie oddychasz. Włącza się przepona, mięśnie międzyżebrowe i powłoki brzucha, i to jest powód, dla którego po długim ataku śmiechu boli cię brzuch podobnie jak po serii brzuszków.

W trakcie samego śmiechu tętno i ciśnienie krwi na chwilę idą w górę. Ciekawsze jest to, co przychodzi potem: w minutach po wybrzmieniu jedno i drugie spada kawałek poniżej wyjściowej wartości, a napięcie mięśni odpuszcza. To jest mierzalne i to jest prawdziwe. Jest też krótkotrwałe, rzędu minut do kilkudziesięciu minut, a wielkość tego przesunięcia jest niewielka.

Warto przyjrzeć się oddechowi. Przy ataku śmiechu praktycznie nie oddychasz w zwykłym sensie, tylko wypychasz resztki powietrza, a kiedy to się kończy, musi przyjść głęboki wdech. Właśnie ten wymuszony głęboki wdech z powolnym wydechem jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem na wyjaśnienie, dlaczego po śmiechu przychodzi chwila spokoju. Poradzi sobie z tym również wolne oddychanie bez ani jednego żartu.

Podobnie wychodzi rzecz z kaloriami, wokół których krąży najwięcej bzdur. Pomiary sugerują, że dziesięciominutowy śmiech kosztuje o jednostki do kilkudziesięciu kalorii więcej niż ciche siedzenie. To nie jest zero, ale zdecydowanie nie jest to godzina na siłowni i nikt jeszcze śmiechem nie schudł.

Trzeźwe podsumowanie fizjologii brzmi mniej więcej tak: dla ciała śmiech przypomina krótki, umiarkowany wysiłek, po którym następuje moment rozluźnienia. Gdyby to było wszystko, o czym da się pisać, ten tekst kończyłby się w tym miejscu. Tyle że najciekawsze liczby nie są w płucach.

Co jest udokumentowane przyzwoicie

Najlepiej trzymają się twierdzenia najskromniejsze. Bezpośredni efekt na nastrój jest powtarzalny i nikogo nie zaskoczy: po ataku śmiechu ludzie zgłaszają mniejsze napięcie, a to daje się zmierzyć raz za razem. Nie jest to głębokie ani nie dotrwa do wieczora. Ale się potwierdza.

Od razu jednak trzeba dodać, co „udokumentowane przyzwoicie" w tej dziedzinie znaczy. Mówimy o eksperymentach laboratoryjnych z kilkudziesięcioma osobami, często studentami, w których mierzy się okno od kilku minut do godziny po obejrzeniu czegoś śmiesznego. Taki układ potrafi rzetelnie uchwycić zmianę natychmiastową. O tym, co dzieje się z człowiekiem przez pięć lat, nie mówi nic i nikt nie powinien tego od niego oczekiwać.

Znacznie ciekawsze jest odkrycie Robina Dunbara i jego zespołu z 2011 roku. Ludzie, którzy śmiali się wspólnie w grupie, wytrzymywali po tym śmiechu wyższy poziom nieprzyjemnego bodźca niż ci, którzy oglądali coś neutralnego. Innymi słowy podniósł im się próg bólu. Wyjaśnienie kieruje się w stronę endorfin, czyli własnego układu tłumiącego w ciele, który uruchamia też bieganie albo śpiew w chórze.

Nie chodziło przy tym o farmakologię. Dunbara interesowało, czym ludzie wiążą się między sobą w grupy, skoro na wzajemne iskanie sierści jak u małp nie mamy czasu. Wspólny śmiech jest według niego tanim zamiennikiem: zajmuje kilka sekund, działa na kilka osób naraz i zostawia po sobie dobre uczucie wobec drugiego człowieka. Podniesiony próg bólu to produkt uboczny, nie cel.

Kluczowe słowo w tym eksperymencie to „wspólnie". Chodziło o prawdziwy, zaraźliwy śmiech w grupie, a nie o grzecznościowy uśmiech przy ekranie. I tym samym dochodzimy do faktu, który większość ludzi zaskakuje: śmiech jest mniej więcej trzydzieści razy bardziej prawdopodobny w towarzystwie niż w samotności, a tylko mniejszość następuje po żarcie. Robert Provine ustalił to, latami nasłuchując, kiedy ludzie na ulicy się śmieją, i spisał w książce z 2000 roku. Dokładniej ten mechanizm rozbiera tekst o tym, dlaczego właściwie się śmiejemy.

Gdzie legenda przerosła dane

Oto uczciwe rozpisanie najczęstszych twierdzeń według tego, co za nimi zostaje:

Co się mówi Co z tego zostaje
Śmiech leczy choroby Nie istnieje badanie, w którym komedie skróciłyby przebieg poważnej choroby. Udokumentowane są zmiany napięcia i nastroju, a nie przebieg choroby.
Śmiech wzmacnia odporność Kilka eksperymentów znalazło po śmiechu krótkotrwałe przesunięcie we wskaźnikach odpornościowych we krwi. Przesunięcie we wskaźniku to jednak nie to samo co mniej chorób, a to drugie nie jest udokumentowane.
Śmiech przedłuża życie Opiera się to na związkach między pogodą ducha a długością życia, które wychodzą niejednolicie, a czasem odwrotnie, niż można by się spodziewać. Kierunku przyczyny z nich nie odczytasz.
Śmiech obniża ciśnienie krwi Na krótko po śmiechu naprawdę spada. Po kilkudziesięciu minutach jest z powrotem. Z leczeniem nadciśnienia nie ma to nic wspólnego.
Śmiech jest jak ćwiczenie Oddechowo i mięśniowo z daleka ćwiczenie przypomina. Układu krążenia ani wytrzymałości to nie trenuje.

Za większością przesadzonych nagłówków stoi jedna pułapka, którą nazywa się odwrotną przyczynowością. Zapytaj, kto się dużo śmieje. Człowiek, który ma z kim, który akurat nie ma bólów, śpi i nie siedzi sam w mieszkaniu. Więc kiedy w danych pokazuje się, że ludzie śmiejący się więcej są zdrowsi, może to znaczyć, że śmiech robi zdrowie. Albo że zdrowie robi śmiech. Większość badań nie umie tych dwóch możliwości rozdzielić.

Dodaj do tego sposób, w jaki śmiech się mierzy. Zwykłe pytanie w kwestionariuszu brzmi w stylu „jak często się śmiejesz", tyle że ludzie swojego śmiechu nie liczą. Odpowiadają zgodnie z tym, jak pamiętają swój nastrój z ostatniego tygodnia. Mierzysz więc raczej wspomnienie dobrego samopoczucia niż śmiech.

Badanie, które zamknęłoby sprawę, musiałoby wyglądać mniej więcej tak: bierzesz tysiąc podobnych ludzi, losem przydzielasz połowie dziesięć lat życia z dużą ilością śmiechu, drugiej połowie dziesięć lat bez niego, a potem obie grupy porównujesz. Nikt takiego eksperymentu nigdy nie zrobi, bo śmiechu nie da się przydzielić jak tabletki, a odmówić go komuś na dziesięć lat nikt by nie pozwolił. Zostają więc kwestionariusze i krótkie próby laboratoryjne, i to jest dokładnie ten poziom pewności, którym przy tym temacie musimy się zadowolić.

Joga śmiechu na trzeźwo

Halina chodzi w czwartkowe wieczory do domu kultury na jogę śmiechu. To zajęcia grupowe, które powstały w połowie lat dziewięćdziesiątych w Indiach i stoją na prostym pomyśle: śmiać się da się celowo, bez żartów, jak przy ćwiczeniu oddechowym. Osiemnaście osób stoi w kręgu, klaszcze, oddycha i zmusza się do „ha ha ha", dopóki nie przechyli się to w prawdziwy śmiech. Halina mówi, że przez pierwsze dziesięć minut jest to żenujące, a potem już nie.

Jej szwagier Zbyszek nabijał się z tego przez pół roku, aż raz z nią poszedł. Wrócił do domu z komentarzem, że było dokładnie tak dziwnie, jak się spodziewał, i mimo to od tamtej pory wraca. To całkiem niezły opis tego, co o tej metodzie na razie wiemy.

Badania nad nią bywają małe, krótkie i trudno w nich zrobić grupę kontrolną. Ciężko komuś wmówić, że przed chwilą się nie śmiał. Co pokazuje się wielokrotnie, to poprawa nastroju bezpośrednio po zajęciach. Co się nie pokazuje, to cokolwiek, co zbliżałoby się do działania leczniczego.

Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest nudne, a przy tym istotne. Składnikiem czynnym najpewniej nie jest przepona, tylko to, że osiemnaście osób spotyka się w każdy czwartek o szóstej, rozmawia ze sobą i wychodzi razem na przystanek. Terapia śmiechem działa więc głównie jako terapia towarzystwem. Nie jest to deprecjacja, bo właśnie składnik społeczny jest z całego tematu najlepiej udokumentowany.

Z kim, a nie z czego

Zbyszek puszcza ten sam serial komediowy sam przy laptopie i przez cały odcinek nie śmieje się ani razu. U Haliny w kuchni ten sam odcinek nie dotrwa do połowy, bo ciągle ktoś w kogoś przygaduje. Treść identyczna, wynik nieporównywalny.

Praktyczny wniosek jest nieoczekiwanie konkretny. Jeśli decydujesz, że chcesz się śmiać więcej, zwykle sięgasz po listę filmów. Pożyteczniej jest sięgnąć po kalendarz. Kiedy ostatnio zaśmiałeś się tak, że bolał cię brzuch? I był przy tym ktoś, czy działo się to w łóżku przy telefonie?

U większości ludzi ta odpowiedź zawęża się do dwóch, trzech konkretnych osób i jednej sytuacji, która się powtarza. Ktoś porządnie rozkłada się ze śmiechu wyłącznie na piątkowym piwie. Ktoś inny przy telefonie z siostrą albo nad wieczną skargą kolegi przy ekspresie. Kiedy takie okno znika z tygodnia, zwykle nie zniknęło dlatego, że życie przestało być zabawne. Zniknęło dlatego, że wypadło to spotkanie, ten telefon albo ta przerwa.

Rolę gra też to, jak się śmiejesz. Rod Martin i jego zespół w 2003 roku opisali cztery style humoru według tego, czy żart jest życzliwy, czy cięty, i czy mierzy w innych, czy w ciebie. Rejestry jednoczące wiążą się z lepszym samopoczuciem, autoironia z gorszym. To korelacje, nie przyczyny, i żaden ze stylów nie jest wadą. Chodzi raczej o nawyk, który da się świadomie przesuwać. Orientację w tym, gdzie zwykle ląduje twoje żartowanie, da krótki test stylów humoru.

Najbardziej użyteczny sposób patrzenia na śmiech to nie lekarstwo, tylko termometr. Kiedy w jakimś okresie prawie się nie śmiejesz, ta informacja niczego nie leczy, za to dość dokładnie wskazuje stan, w którym akurat jesteś. Puszczanie sobie komedii w takiej chwili przypomina chuchanie na termometr. Zadzwonienie do Haliny i Zbyszka to co innego.

Polecany test

Wypróbuj Test stylów humoru

Czym bawisz siebie i świat wokół? Cztery style humoru i Twój miks.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności