Na zebraniu pada propozycja, która Ani wydaje się zła. Ma wobec niej trzy konkretne zastrzeżenia i jedno z nich jest naprawdę poważne. Kiedy szef pyta ją o zdanie, słyszy: „Mnie to pasuje."
W drodze do domu Ania odtwarza w głowie wszystko, co powinna była powiedzieć. Wieczorem opowiada o tym Tomkowi przez dwadzieścia minut i mówi ostro. Do protokołu z zebrania i tak nie trafia ani jedno słowo z tego, co naprawdę myśli.
Ten rozdźwięk między wewnętrznym sprzeciwem a wypowiedzianą zgodą ma swoją nazwę. People pleasing to nie to samo co uprzejmość ani troska o innych. To wyuczony nawyk stawiania cudzego zadowolenia przed własnym zdaniem, i to automatycznie, zanim zdążysz się w ogóle zastanowić, czy tym razem ma to sens.
Po czym poznać people pleasing w zwykły dzień
Najpewniejszym sygnałem nie jest treść odpowiedzi, tylko jej prędkość. Zgoda przychodzi wcześniej, niż zdążysz zapytać samego siebie, co o sprawie sądzisz. Między pytaniem a „jasne, spoko" nie zostaje miejsca na decyzję.
W zdaniach wygląda to dość niepozornie. „Mnie wszystko jedno" mówisz również wtedy, kiedy wcale ci nie jest wszystko jedno. „Nic się nie stało" działa jak uniwersalny plaster na rzeczy, po których jednak coś zostaje. Pytanie w rodzaju „gdzie chcesz iść na obiad" odbijasz z powrotem, bo bezpieczniej jest zostawić wybór drugiej osobie i potem się do niego dopasować.
Kilka innych przejawów, które łączą się ze sobą mocniej, niż mogłoby się wydawać:
- przepraszasz za rzeczy, których nie spowodowałeś, łącznie z pogodą i spóźnionym pociągiem
- na bieżąco skanujesz pomieszczenie i sprawdzasz, kto jest zły i o co
- obiecana przysługa zaczyna cię uwierać dopiero w domu, nigdy w chwili obiecywania
- rozmowy odtwarzasz jeszcze przez kilka dni i układasz lepsze wersje swoich zdań
- kiedy ktoś milczy, automatycznie zakładasz, że to milczenie dotyczy ciebie
Różnicę między życzliwością a przypodobaniem się da się nazwać jednym pytaniem: czy miałeś wybór? Życzliwość bierze się z nadmiaru i robi się ją chętnie. Przypodobanie bierze się z napięcia i służy do tego, żeby to napięcie zdjąć. Z zewnątrz wygląda identycznie, w środku to dwie zupełnie inne operacje.
Skąd bierze się potrzeba przypodobania
Mało kto wybrał sobie ten wzorzec. Najczęściej powstał tam, gdzie naprawdę działał, i to jest w nim najtrudniejsze.
Tomek wychował się w domu, w którym się nie krzyczało. Za to się milczało. Kiedy zrobił coś, co rodzicom się nie spodobało, nie przychodziła kara ani awantura, tylko kilka dni chłodu, w których rozmawiano z nim o pogodzie i o niczym więcej. Wyciągnął z tego jeden wniosek bardzo szybko: uwagę i ciepło da się odzyskać, kiedy jest się grzecznym, cichym i bez żądań. Nazywa się to akceptacją warunkową, a dziecko wynosi z niej prostą równość: miłość zabiera się za okazany sprzeciw.
Terapeuta Pete Walker opisał ten sposób reagowania pod nazwą fawn response, czyli przypodobanie jako reakcja na stres, która stoi obok znanej trójki: walki, ucieczki i zamrożenia. Logika jest ta sama co w pozostałych trzech. Z zagrożeniem można poradzić sobie także tak, że natychmiast stajesz się kimś, na kogo nie da się złościć. Oferujesz zgodę, pomoc, przeprosiny. Napięcie wokół ciebie opada.
Kiedy ta strategia w dzieciństwie działała niezawodnie, mózg zapisuje ją jako pierwszy wybór i w dorosłości uruchamia ją nawet tam, gdzie nikt nikomu niczym nie grozi. Szef pyta o zdanie, ciało odczytuje sytuację jako ryzyko odrzucenia, usta wydają zgodę. Racjonalna część dogania cię dopiero na parkingu.
Rolę gra też zwykłe powtarzanie. Kto raz zyskał opinię człowieka, który zawsze wyjdzie naprzeciw, dostaje z czasem więcej próśb niż inni. Otoczenie przyzwyczaja się do tej roli i zaczyna jej wymagać, co dodatkowo wzmacnia wzorzec. Sam siebie widzisz wtedy głównie jako tego, który pomaga, a wyobrażenie, że raz mógłbyś tego nie zrobić, dotyka już twojej tożsamości, a nie jednej prośby.
Ile kosztuje życie bez odmawiania
Zdanie „nie umiem odmawiać" opisuje sytuację nieprecyzyjnie. Odmawiać potrafisz, tego słowa używasz normalnie przy ludziach, przy których nie grozi ci utrata sympatii. Brakuje gotowości do uniesienia tego, co po odmowie przychodzi, czyli kilku minut cudzego niezadowolenia. Nie chodzi więc o brakującą umiejętność, tylko o unikanie konkretnego uczucia, a ta różnica ma praktyczne skutki. Umiejętności można się douczyć, unikanie znika wyłącznie wtedy, gdy się na nie wystawisz.
Cena nie jest płacona jednorazowo. Przychodzi w trzech powolnych ratach i żadna z nich w dniu powstania nie wygląda dramatycznie.
Pierwsza to resentyment, czyli cicha gorycz wobec ludzi, którzy o niczym nie wiedzą. W środku prowadzisz księgowość: ile razy ustąpiłeś, ile razy zostałeś dłużej, ile razy zmieniłeś plan. Druga strona tego rachunku nigdy nie widziała, więc nie mogła go też wyrównać. Kiedy raz wyjdzie na wierzch, okaże się nieproporcjonalnie duży, bo nie ma w nim tygodni, tylko lata. Partner słyszy wybuch o zmywarkę i nie ma pojęcia, że to rata za coś zupełnie innego.
Drugą ratą jest wyczerpanie. Socjolożka Arlie Hochschild opisała pojęcie pracy emocjonalnej, czyli wysiłku, którego wymaga pokazywanie uczuć oczekiwanych od ciebie w danej roli. Badania nad tym tematem wielokrotnie znajdują związek między długim odgrywaniem uprzejmej roli a objawami wypalenia. Nie chodzi o ciężką pracę, tylko o rozjazd między tym, co czujesz, a tym, co pokazujesz. Utrzymywanie tego rozjazdu przez osiem godzin dziennie męczy inaczej niż same zadania.
Trzecia jest najcichsza. Relacje, w których nikt nigdy nie usłyszał twojego sprzeciwu, to relacje z twoją poprawioną wersją. Bliscy cię lubią, tylko nie mogą być pewni, kogo właściwie znają. Ty to wiesz i paradoksalnie czujesz się samotny wśród ludzi, którzy cię lubią.
Jest też skutek, który wydaje się ludziom niesprawiedliwy: im rzadziej się nie zgadzasz, tym mniej ci ufają. Zgoda, która przychodzi zawsze, przestaje nieść informację. Pochwała od kogoś, kto chwali wszystko, nie znaczy nic. Po szczerą ocenę koledzy pójdą do osoby, która czasem powie „moim zdaniem to nie wypali", bo jej „to się uda" ma potem wagę. Ustępliwość, która miała ubezpieczyć relacje, obniża cenę twojego słowa.
Kiedy ostatnio powiedziałeś komuś, że się z nim nie zgadzasz, i nie dokleiłeś do tego przeprosin ani wyjaśnienia, dlaczego to mówisz?
Dostosowanie się jako jeden z pięciu stylów konfliktu
Ustępowanie ma w psychologii konfliktu swoje miejsce i nie jest to miejsce w kącie wstydu. Tak zwany dual-concern model, czyli model dwóch trosk, którego podstawy położyli Blake i Mouton, a rozwinęli go Pruitt i Rubin, opisuje zachowanie w konflikcie za pomocą dwóch niezależnych wymiarów. Pierwszy to asertywność, czyli to, na ile forsujesz własny interes. Drugi to kooperatywność, czyli to, na ile bierzesz pod uwagę interes drugiej strony.
Z połączenia obu powstaje pięć stylów: rywalizacja, współpraca, kompromis, unikanie i dostosowanie się. Dostosowanie się siedzi w rogu z niską asertywnością i wysoką kooperatywnością. To styl, w którym odsuwasz własny interes, żeby druga strona dostała to, czego potrzebuje. Poszczególne style rozwiązywania konfliktów rozkładamy na części w osobnym poradniku.
Kluczowe jest to, że ten styl ma zastosowania w pełni uzasadnione, i to dość szerokie. Utrzymanie relacji jest realnym interesem, nie słabością. Kiedy drugiej osobie ewidentnie zależy bardziej niż tobie, ustąpienie jest rozsądną inwestycją. Kiedy nie masz racji, ustąpienie jest uczciwością. A kiedy temat jest mały, a relacja długa, ustąpienie jest po prostu tanie.
| Ustąpienie ma sens, gdy | Ustąpienie to tylko program, gdy |
|---|---|
| Drugiej stronie wyraźnie zależy bardziej | Ustępujesz też w sprawach, które bolą |
| Okazuje się, że się myliłeś | Zgadzasz się, zanim wiesz, na co |
| Świadomie wybierasz relację zamiast tematu | Nie pamiętasz, kiedy ostatnio postawiłeś na swoim |
| Chodzi o jednorazowy drobiazg | Ustępujesz prewencyjnie, zanim ktoś poprosi |
Ostatni wiersz zasługuje na uwagę. Prewencyjne ustępowanie oznacza, że konflikt w ogóle nie powstaje, bo swoje życzenie wycofujesz, zanim ktokolwiek je usłyszy. Z zewnątrz wygląda to jak harmonia i bywa dobrze oceniane. W środku to jednostronne negocjacje, w których jedna strona nigdy nie dostała szansy dowiedzieć się, o co gra.
Dominujący styl nie jest przy tym etykietą, którą nosi się na zawsze. Większość ludzi ma jeden styl, do którego wraca pod presją, i drugi, na który przełącza się w określonym otoczeniu. W domu ustępujesz, w pracy rywalizujesz. U części osób działa to dokładnie odwrotnie. Sensownie jest więc pytać, gdzie konkretnie włącza się twoje dostosowanie i co je uruchamia, a nie czy „taki już po prostu jesteś".
Mikrokroki, od których da się zacząć
Skok od automatycznej zgody do jasnej odmowy zwykle się nie udaje, bo zaraz po nim przychodzi fala winy, a z nią powrót do punktu wyjścia. Lepiej działają małe kroki na sprawach, w których nic nie jest zagrożone.
Wypowiadaj preferencje w drobiazgach. Gdzie na obiad, który film, przy oknie czy w rogu. Nie ma to nic wspólnego z odwagą, chodzi o trening jednego konkretnego mięśnia: powiedzieć na głos, czego chcesz, kiedy nikt tego nie musi usłyszeć. Odkryjesz, że to zdanie nie przechodzi ci przez gardło nawet przy kawie, a to samo w sobie jest użyteczną informacją.
Drugim krokiem jest odroczona odpowiedź. Zdanie „powiem ci jutro" albo „daj mi godzinę, zajrzę do kalendarza" nie robi nic poza rozłączeniem odruchu. Między prośbę a odpowiedź wkłada czas, w którym zdąży się odezwać także ta twoja część, która ma zdanie. Większość próśb wytrzyma godzinę zwłoki bez problemu, a jeśli nie, sporo ci to o samej prośbie powie.
Trzeci krok jest najbardziej nieprzyjemny i jednocześnie rozstrzygający. Musisz sprawdzić na sobie, że cudze rozczarowanie jest do zniesienia. Odmawiasz, druga osoba przez chwilę jest rozczarowana, a ty masz odruch, żeby to natychmiast naprawić. Nie naprawiaj. Wytrzymaj tę godzinę i patrz, co się stanie. Zwykle nie dzieje się nic, a odkrycie, że relacja uniesie odmowę, waży więcej niż jakiekolwiek przekonywanie z zewnątrz. Bardziej systemowe podejście do samego wyznaczania sobie i innym reguł opisaliśmy w poradniku o tym, jak stawiać granice.
Licz się też z tym, że otoczenie zareaguje. Ludzie przyzwyczajeni do twojego automatycznego tak odczytają pierwsze kilka nowych odpowiedzi jako ochłodzenie relacji. Część z nich po kilku tygodniach to przyjmie, a kontakt z tobą zacznie im się bardziej opłacać, bo pierwszy raz wiedzą, na czym stoją. Inni przycisną. Kto należy do której grupy, dowiesz się wyłącznie w ten sposób.
Przydaje się również porzucenie schematu, w którym każda sytuacja jest wyborem między zgodą a odmową. Między „jasne" a „nie" leżą zdania w rodzaju „z pierwszym się zgadzam, do drugiego mam zastrzeżenie" albo „zrobię to, ale dopiero w piątek". Konflikt się przez to nie powiększa, po prostu wreszcie trafia do niego także twoja strona.
Jeśli chcesz wiedzieć, jak mocno dostosowanie przeważa u ciebie nad pozostałymi stylami, jest na to droga bardziej uporządkowana niż własne przypuszczenie. Nasz test stylów rozwiązywania konfliktów ma 30 pytań i zajmuje mniej więcej cztery minuty. Wynikiem jest styl główny i drugorzędny oraz twoje położenie na mapie dwóch wymiarów, czyli asertywności i kooperatywności.
Ania na kolejnym zebraniu nie powiedziała nic bohaterskiego. Powiedziała: „Mam do tego jedno zastrzeżenie, mogę spróbować je opisać?" Szef kiwnął głową, ona je opisała, a dyskusja trwała o sześć minut dłużej niż zwykle. Najbardziej zaskoczyło ją to, że następnego dnia nikt tego nie pamiętał.

Česky
Slovensky
English
Polski
Deutsch
Español
Magyar
Italiano
Português
Nederlands