Paweł przepisał prezentację po raz piąty. Ostatnią wersję zamknął o pierwszej w nocy, rano ją wygłosił, a dyrektor po wszystkim powiedział, że to było dokładnie to. Paweł podziękował, a w drodze na obiad odtwarzał sobie slajd siódmy, na którym powinien był być inny wykres.
Po południu wpisał sobie do kalendarza notatkę, że następnym razem musi zostawić na to więcej czasu. Nie dlatego, że prezentacja się nie udała. Dlatego, że się udała, a on nie umiał sobie tego wytłumaczyć inaczej niż tymi pięcioma wersjami.
Spotykają się tu dwie rzeczy, które osobno zna prawie każdy: wymagania nie do spełnienia i cicha wątpliwość, czy w ogóle się do tego nadajesz. Razem nie tworzą jednak sumy, tylko koło. A to koło zamyka się właśnie wtedy, kiedy dzieło wychodzi.
Koło, które zamyka się samo
Poczucie, że zajmujesz miejsce, które ci się nie należy, opisały psycholożki Pauline Clance i Suzanne Imes w 1978 roku. Clance dodała do tego później opis powtarzającej się sekwencji, przez którą osoby z tym wzorcem przechodzą za każdym razem od nowa. Nie chodzi o diagnozę ani o zaburzenie, raczej o wydeptaną ścieżkę, którą myśli chodzą, bo chodziły nią już wiele razy.
| Faza | Co się dzieje | Zdanie w głowie |
|---|---|---|
| Zadanie | Pojawia się zlecenie, którego efekt ktoś będzie oceniał. | „Tu się okaże, jak jest ze mną naprawdę." |
| Napięcie | Jeszcze przed startem odzywa się wątpliwość, nie co do zadania, tylko co do siebie. | „A jeśli tym razem nie wystarczę?" |
| Reakcja | Albo przygotowanie daleko ponad potrzebę, albo odkładanie aż do terminu. | „Lepiej przejdę to jeszcze raz." |
| Efekt | Zwykle dobry, często lepszy, niż otoczenie się spodziewało. | „Przeszło." |
| Krótka ulga | Napięcie opada, ale trzyma się godziny, nie tygodnie. | „Dzięki Bogu, mam to z głowy." |
| Wyjaśnienie | Sukces zostaje przypisany harówce, terminowi albo wyrozumiałości otoczenia. | „Wyszło, bo przepisałem to pięć razy." |
Dziwny jest w tym ostatni wiersz. Koło kręci się bowiem nie przez porażki, tylko wbrew sukcesom, bo każde okrążenie kończy się dobrym efektem i mimo to niczego nie dowodzi. Zasługa w ostatniej fazie zostaje przeksięgowana gdzie indziej, więc na konto umiejętności nigdy nic nie wpływa, a kolejne zadanie zastaje cię na dokładnie tej samej linii startu co poprzednio.
Nieoczekiwane jest to, komu się to przydarza. Prawdziwy oszust takiego koła nie ma, bo on boi się zdemaskowania konkretnie i rzeczowo, a nie o pierwszej w nocy nad skończoną robotą. Odzywa się to za to u ludzi, którym efektów przybywa, i im więcej ich jest, tym więcej trzeba odwyjaśniać. Awans albo pochwała dlatego zwykle wątpliwości nie łagodzą, tylko podnoszą liczbę rzeczy, które trzeba jakoś uzasadnić.
Rozpowszechnienie zjawiska szacuje się dość różnie. Przegląd systematyczny 62 badań (Bravata i współpracownicy, 2020) znalazł liczby od dziewięciu do osiemdziesięciu dwóch procent w zależności od tego, kogo autorzy pytali i czym mierzyli, więc jednej uniwersalnej wartości po prostu nie ma. Bezpiecznie da się powiedzieć tylko tyle, że to wzorzec bardzo częsty, a przede wszystkim że trzyma się ludzi, którzy mają za sobą wyniki.
Gdzie w to koło wchodzi perfekcjonizm
Perfekcjonizm nie jest jedną cechą i psychologia od dawna nie mierzy go jako jednej wielkości. Po jednej stronie stoją wysokie standardy osobiste, czyli wymóg jakości wykonanej pracy. Po drugiej obawy perfekcjonistyczne: lęk przed błędem, wątpliwości co do własnego wykonania i wrażliwość na to, jak efekt wypadnie w cudzych oczach. Szerokie spojrzenie na obie składowe daje tekst o tym, kiedy perfekcjonizm jest darem, a kiedy przekleństwem.
Do opisanego koła wchodzi głównie ta druga składowa, i to od razu dwa razy. Pierwszy raz na samym początku, kiedy podnosi poprzeczkę tak wysoko, że nie da się jej sięgnąć nawet w znakomity dzień. Drugi raz na końcu, gdzie decyduje o tym, jak skończona rzecz zostanie odczytana.
Podział ról między nimi jest całkiem precyzyjny. Perfekcjonizm ustala, gdzie jest poprzeczka. Wątpienie w siebie ustala, co znaczy, że ją przeskoczyłeś. Bez tych wątpliwości sukces zostałby sukcesem, tylko osiągniętym przy większych wymaganiach niż u innych.
Koniec koła ma przy tym trzy różne postacie, zależnie od tego, którędy odpływa zasługa. Ktoś ma poczucie, że jego prawdziwe umiejętności są mniejsze, niż to wygląda z zewnątrz, i przygotowuje się dlatego z zapasem, żeby to nie wyszło na jaw. Komuś innemu sukces po prostu nie zostaje na koncie, bo od razu go umniejsza i przesuwa poprzeczkę. A ktoś jeszcze widzi za wynikiem sprzyjające okoliczności, dobry moment albo łagodną komisję. Fachowo mówi się o poczuciu bycia oszustem, umniejszaniu sukcesów oraz szczęściu i okolicznościach, czyli o trzech źródłach tego samego wzorca, które szczegółowo rozbiera tekst o tym, czym jest syndrom oszusta.
Harówka albo odkładanie
Reakcja na napięcie w trzeciej fazie ma dwa typowe warianty i z zewnątrz wyglądają na zupełne przeciwieństwa. W środku robią to samo.
Paweł należy do pierwszego. Dodatkowy czas daje mu poczucie kontroli, więc wersji przybywa, dopóki nie skończy się termin. Wykonana praca bywa dobra, tyle że jej cena rośnie, a razem z nią wyjaśnienie, dlaczego to znowu niczego nie dowodzi o umiejętnościach. Kiedy przygotowanie staje się dodatkowo polisą przeciw zdemaskowaniu, zaczyna się zbliżać granica, za którą nie ma już zmęczenia, tylko wyczerpanie. Temu, jak z takiej polisy robi się droga do wypalenia i gdzie ją zatrzymać wcześniej, poświęcony jest osobny tekst o związku między syndromem oszusta a wypaleniem.
Magda należy do drugiego. Otwiera zlecenie, patrzy na pierwszy akapit, przychodzi jej do głowy, że w takiej postaci nie może tego oddać, i zamyka plik. Do pracy siada dopiero wtedy, gdy do terminu zostaje tyle godzin, że na troskę o jakość nie ma już miejsca i chodzi wyłącznie o to, czy efekt w ogóle powstanie. Odkładanie mimochodem produkuje ochronę, bo niedokończonej rzeczy nie da się ocenić. Związek między wysokimi wymaganiami a odwlekaniem rozbiera tekst o tym, jak łączą się perfekcjonizm i prokrastynacja.
Jeden człowiek nie musi zresztą należeć na stałe do jednego wariantu. Paweł też odkłada, tylko rzeczy, których nikt nie zobaczy, a Magda do obrony pracy magisterskiej przygotowywała się trzy tygodnie bez przerwy. Decyduje zwykle to, ile jest na szali i jak widoczny będzie efekt; przy małym zadaniu wygrywa odkładanie, przy dużym przygotowanie bez końca.
Obie drogi kończą się przy tym samym wyjaśnieniu. Paweł ma sukces przypisany pięciu wersjom, Magda presji ostatnich godzin. Żadne z nich nie ma w ręku niczego, co dałoby się dopisać umiejętnościom, więc kolejne zadanie jest dla obojga tak samo niepewne jak poprzednie.
Dlaczego dziewięćdziesiąt pięć procent dla jednego to za mało, a dla drugiego dowód
Wyobraź sobie skończoną pracę, która obiektywnie dostałaby dziewięćdziesiąt pięć punktów na sto. Przy obawach perfekcjonistycznych uwaga natychmiast skręca ku tym pięciu brakującym. Nie chodzi o skromność ani o chęć poprawy, chodzi o to, że skończona rzecz ma wadę, a wada przebija resztę.
Przy wzorcu oszusta dzieje się jednak jeszcze coś ponadto. Te pięć procent to nie niedostatek pracy, tylko świadectwo o twojej osobie: tutaj widać, jak jest naprawdę. A pozostałe dziewięćdziesiąt pięć nie jest dowodem odwrotnym, bo tę część wyjaśnia przygotowanie, czas albo to, że zlecenie akurat pasowało. Jedna część wyniku mówi więc o tobie, a druga o okolicznościach.
Ta niesymetryczność utrzymuje koło w ruchu pewniej niż jakikolwiek błąd. Błąd dałoby się poprawić. Wyjaśnienia, w którym każdy dobry wynik odpływa gdzie indziej, a każdy zły zostaje przy tobie, poprawić się nie da, bo nie dotyczy pracy, tylko sposobu, w jaki się o niej opowiada.
Uczciwie trzeba dodać, że same wysokie wymagania nie są problemem. Konstruktor, który przelicza obciążenie po raz trzeci, albo korektorka, która znajduje literówkę na ostatniej stronie, robią swoją pracę dokładnie tak, jak się ją robi. Różnicy nie robi wysokość poprzeczki, tylko to, co dzieje się po tym, jak ją przeskoczysz: czy wynik sobie zaliczysz, czy od razu gdzieś go odchylisz.
Pytanie wprost: kiedy ostatnio oddałeś coś z poczuciem, że jest gotowe? Nie z ulgą, że już za późno na kolejne poprawki, tylko ze spokojem, że to jest to. Jeśli takiej chwili nie pamiętasz z ostatniego półrocza, to nie powód do alarmu, ale to dana, z którą da się pracować.
Gdzie przerwać koło
Rada „obniż poprzeczkę" brzmi na pierwsze wrażenie logicznie i najczęściej nie działa, bo zabiera coś, na czym człowiek się opiera. Skuteczniej bywa zostawić wymagania w spokoju i wejść w te fazy koła, gdzie rozstrzyga się interpretacja.
Sufit na przygotowanie
Ustal z góry, ile czasu dajesz zadaniu, i po jego upływie skończ, niezależnie od odczucia. Praca ponad ten limit zwykle jakości już nie podnosi, tylko na chwilę ucisza napięcie, a przy okazji uczy je, żeby odezwało się następnym razem. Nieprzyjemne jest to mniej więcej dwa razy, potem człowiek się przyzwyczaja. W wariancie z odkładaniem ten sam sufit działa odwrotnie: sztywno ustalony początek zamiast sztywno ustalonego końca.
Zapisz sobie „wystarczająco dobre", póki jesteś spokojny
Zanim się do czegoś zabierzesz, spisz jednym zdaniem, co musi być spełnione, żeby zadanie było gotowe. Trzy argumenty, jedna tabela, dziesięć slajdów. Kryterium zapisane wcześniej nie rozciąga się w trakcie pracy, podczas gdy kryterium trzymane w głowie rozciąga się prawie zawsze, i to dokładnie o tyle, ile czasu zostaje.
Dopisz do wyniku drogę
Do każdej skończonej rzeczy dopisz sobie trzy kroki, które do niej doprowadziły: ile wersji, co trzeba było rozwiązać, co postanowiłeś. Gotowy efekt wygląda bowiem prosto także dla ciebie samego, bo drogi do niego po nim nie widać. Kiedy droga jest spisana, zdanie „nic trudnego w tym nie było" nie broni się przed własnymi oczami.
Czwarta rzecz nie jest techniką, tylko rozmową. Wypowiedziana wątpliwość kurczy się, niewypowiedziana rośnie, i prawie za każdym razem okazuje się, że to samo zna człowiek, którego uważałeś za pewnego siebie. Kolejne sposoby, wymierzone wprost w poszczególne źródła wątpliwości, zbiera tekst o tym, jak pokonać syndrom oszusta.
Jeśli interesuje cię, które z trzech źródeł mówi u ciebie najgłośniej, orientacyjny obraz da test syndromu oszusta. Ma dwadzieścia jeden pytań i zajmuje kilka minut. To nie diagnostyka, tylko materiał do samoobserwacji. Różnica między „boję się, że to po mnie poznają" a „sukces nigdy mi się nie zapisuje" zmienia przy tym to, co warto spróbować najpierw.
Paweł po pół roku zostawia sobie na prezentację dwie wersje i jeden wieczór, a nie pięć wersji i trzy noce. Slajd siódmy nadal bywa trochę inny, niż by chciał. Różnica polega na tym, że teraz mówi to o slajdzie, a nie o sobie.

Česky
Slovensky
English
Polski
Deutsch
Español
Magyar
Italiano
Português
Nederlands
Română