Piotr siedzi na zebraniu i przytakuje. Z propozycją się nie zgadza, ma wobec niej trzy konkretne zastrzeżenia i nie wypowiada ani jednego. Kiedy po spotkaniu Ania pyta go, co o tym sądzi, odpowiada, że pewnie będzie dobrze.
Z zewnątrz wygląda to na spokój i chęć współpracy. W środku przebiegła tymczasem szybka kalkulacja, w której cena wypowiedzianego sprzeciwu wyszła drożej niż cena milczenia. Taka kalkulacja ma w psychologii konfliktu swoją nazwę. Unikanie konfliktów to jeden z pięciu stylów opisanych przez tak zwany dual-concern model (Blake i Mouton, później Pruitt i Rubin), oparty na połączeniu niskiej asertywności z niską gotowością do wyjścia naprzeciw drugiej stronie. Nie forsujesz własnego interesu i jednocześnie nie zajmujesz się interesem drugiej strony. Schodzisz z boiska.
Jak z bliska wygląda unikanie konfliktów
Większość ludzi pod hasłem unikania wyobraża sobie milczenie. To tylko jedna z jego postaci i na pewno nie najczęstsza. Dużo częstsza jest szybka zgoda, której zadaniem jest zakończyć rozmowę, zanim się na dobre rozkręci.
Piotr mówi o sobie, że „nie robi scen". To nie poza, myśli tak całkiem serio i uważa to za kwestię kultury osobistej. Kiedy Ania rzuca, że znowu został w pracy do siódmej, odpowiada „masz rację, przepraszam" i idzie wyładować zmywarkę. Że ten temat jest dla niego ważny i że miałby o czym mówić, z takiej rozmowy nikt się nie dowie. Ani Ania, ani właściwie on sam.
Repertuar stylu unikającego bywa zaskakująco bogaty. Należą do niego na przykład takie manewry:
- szybka zgoda, która naprawdę znaczy „skończmy to"
- żart albo rozładowanie atmosfery dokładnie w chwili, gdy rozmowa zbliżyła się do sedna
- „wszystko jedno, ty zdecyduj" przy sprawie, która wcale ci nie jest obojętna
- odłożenie tematu na później, do którego nikt już nie wraca
- wyjście fizyczne: do innego pokoju, do telefonu, na papierosa
- odpowiedź na tyle ogólna, że nie da się z nią ani zgodzić, ani nie zgodzić
Wszystkie mają jedną cechę wspólną: dają się obronić jako uprzejmość. Dlatego unikanie tak dobrze się trzyma. Nie wygląda na ucieczkę, wygląda na zaletę charakteru, a otoczenie często je nagradza. Ludzie z tym stylem mają opinię bezproblemowych współpracowników i łatwych partnerów. O tym, ile niewypowiedzianych zastrzeżeń chowa się za tą opinią, nikt nie ma pojęcia.
Skąd bierze się strach przed konfliktem
Mało kto decyduje się milczeć po dojrzałym namyśle. Stylu unikającego się uczysz, zwykle wcześniej, niż byłeś w stanie ocenić, czy ci pasuje. Trzy drogi prowadzą do niego najczęściej.
Pierwsza to dom rodzinny. Ktoś dorastał tam, gdzie kłótnie odbywały się głośno i kończyły trzaśnięciem drzwiami, więc zapamiętał, że konflikt to coś, co wymyka się spod kontroli. Ktoś inny dorastał tam, gdzie nikt się nie kłócił, a różnicę zdań załatwiał chłód i dwa dni bez odzywania się. Obie wersje uczą tego samego: nie mów o tym.
Druga droga wiedzie przez konkretne doświadczenie. Raz się odezwałeś i skończyło się źle. Szef to zapamiętał, partnerka obraziła się na tydzień, znajoma przestała pisać. Jeden taki epizod potrafi ustawić zachowanie na lata, bo mózg wyjątkowo dobrze pamięta sytuacje, które zabolały, i nie bierze pod uwagę, że drugi raz możesz powiedzieć to inaczej i do kogoś zupełnie innego.
Trzecia to przekonanie, które z tych doświadczeń wyrasta: kłótnia oznacza zagrożenie dla relacji. Kiedy w głowie obowiązuje równanie „różnica zdań równa się ryzyko, że tę osobę stracę", milczenie jest całkowicie racjonalnym wyborem. Problem nie leży w logice, problem leży w założeniu wyjściowym. Różnica zdań i rozpad relacji łączą się ze sobą dużo luźniej, niż to równanie zakłada.
Do tego dochodzi jedna niepozorna nagroda. Unik działa natychmiast. W sekundzie, w której odsuwasz temat, napięcie w ciele spada i przychodzi ulga. Ta ulga jest prawdziwa, a mózg zapisuje ją jako dowód, że poszło ci dobrze. Rachunek przychodzi później i rozkłada się na tyle dni, że nikt nie łączy go z tamtą ulgą. Przypomnisz sobie ostatnie zdanie, które dokończyłeś tylko w głowie? A to, czego się spodziewałeś, gdybyś powiedział je na głos?
Ile naprawdę kosztuje długie milczenie
Pojedynczy unik nie kosztuje prawie nic. Rachunek składa się z powtórzeń, a termin płatności ma odroczony, i właśnie dlatego można go tak długo przeoczać.
Najbardziej widoczną pozycją jest nagromadzona frustracja. Niewypowiedziane zastrzeżenia nie znikają, tylko się odkładają, a kiedy uzbiera się ich dość, wystarczy drobny impuls. Piotr milczał o podziale obowiązków domowych osiem miesięcy i wybuchł przez źle poukładaną zmywarkę. Ania zareagowała zupełnie logicznie: przecież nie ma co robić dramatu o zmywarkę. Nie miała skąd wiedzieć, że zmywarka nie jest tematem, tylko ostatnią kroplą z ośmiu miesięcy. W ten sposób styl unikający obraca się przeciwko sobie, bo ten, kto go stosuje, na koniec wygląda na osobę, która robi scenę o nic.
Druga pozycja to decyzje, które zapadają bez ciebie. Milczenie w grupie czyta się jako zgodę, nie jako neutralność. Kiedy na zebraniu nikt nic nie zgłasza, projekt rusza w kształcie zaproponowanym przez tego, kto mówił. Nikt przy tym nie działa w złej wierze. Ludzie po prostu pracują na informacjach, które dostali, a twoich zastrzeżeń wśród nich nie było.
Trzecia pozycja jest najcichsza i najdroższa. Powstaje relacja, w której druga osoba nie ma pojęcia, że coś jest nie tak. Nie brakuje jej chęci, żeby to rozwiązać, brakuje jej informacji. Kiedy po roku czy dwóch wychodzi to na jaw, brzmi to zwykle nie jak „przykro mi", tylko jak „dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej", a w tym pytaniu jest kawałek uzasadnionej krzywdy. O zaostrzonej postaci tego mechanizmu piszemy szczegółowo w tekście o tym, czym są ciche dni i dlaczego obie strony wychodzą z nich zmęczone.
Badania wspierają tę intuicję z kilku stron. John Gottman podczas wieloletniej obserwacji par opisał tak zwany stonewalling, czyli chroniczne wycofanie się z rozmowy, w którym jedna osoba przestaje reagować i się odłącza. Zalicza go do najsilniejszych sygnałów ostrzegawczych dla przyszłości związku, silniejszych niż sama kłótnia. Pary, które kłócą się głośno, a potem się godzą, radzą sobie zwykle lepiej niż pary, w których jedno milczy, a drugie mówi do ściany.
Jeszcze bardziej wbrew intuicji brzmi to, do czego prowadzą badania Jamesa Grossa nad tłumieniem emocji. Kiedy w rozmowie dusisz to, co czujesz, stres fizjologiczny rośnie nie tylko tobie, ale też osobie naprzeciwko, choć nie ma ona pojęcia o twojej wewnętrznej walce. Twoje milczenie nie jest więc dla drugiej strony neutralne. Przenosi się, tylko bez wyjaśnienia, więc druga osoba łączy je z czymś innym, najczęściej sama ze sobą.
Kiedy unikanie konfliktu ma sens
Byłoby nieuczciwe pisać o stylu unikającym tak, jakby był wadą. W dual-concern modelu żaden z pięciu stylów nie jest lepszy od pozostałych, decyduje sytuacja, a unik ma swoich kilka sytuacji, w których bije wszystkie inne. Porównaliśmy je szczegółowo w zestawieniu, które stawia obok siebie poszczególne style rozwiązywania konfliktów.
Przy drobiazgu, na którym za trzy dni nie będzie ci zależeć, milczenie jest tańsze niż dyskusja. W sytuacji, która może przerodzić się w zagrożenie, chroni zdrowie: agresywny człowiek na ulicy, ostra awantura po alkoholu. Zły moment to kolejny przypadek, w którym odłożenie wygrywa, bo o północy, w wyczerpaniu albo przy dzieciach nie wynegocjujesz nic dobrego. I są jeszcze cudze bitwy, czyli spory, w które wchodzisz tylko z przyzwyczajenia do roli mediatora.
Różnicę między rozsądnym unikiem a ucieczką poznasz po kilku pytaniach.
| Pytanie | Unik jest na miejscu | Unik to ucieczka |
|---|---|---|
| Jak długo będzie mi to przeszkadzać? | Do wieczora o tym zapomnę | Wracam do tego w głowie od tygodni |
| Który to już raz? | Zdarzyło się pierwszy raz | Powtarza się i za każdym razem milczę |
| Czy mogę coś z tym zrobić? | Decyzja jest poza moim zasięgiem | Wystarczyłoby jedno zdanie w odpowiednim momencie |
| Czyja to sprawa? | Spór należy do kogoś innego | Dotyczy bezpośrednio mnie, tylko nie chcę tego przyznać |
| Dlaczego milczę właśnie teraz? | To nie jest dobry moment, wrócę do tego | Boję się reakcji drugiej osoby |
Ostatni wiersz jest rozstrzygający. Unik wybrany jako taktyka i unik wybrany ze strachu wyglądają na zewnątrz identycznie. Różnią się tym, czy zostawiasz sobie drogę powrotną do tematu.
Jak się odezwać: małe kroki na początek
Rada „musisz więcej rozmawiać" jest przy stylu unikającym bezużyteczna. Kto unika konfliktów od lat, nie ma problemu z tym, że nie wie, iż powinien mówić. Ma problem z pierwszymi dziesięcioma sekundami, w których ma się to wydarzyć. Dlatego opłaca się zaczynać od najmniejszej możliwej dawki.
Spróbuj najmniejszego możliwego sprzeciwu. Nie chodzi o wygranie dyskusji, chodzi o wypowiedzenie jednego zdania, które sprzeciw tylko zgłasza. Bez argumentacji, bez przepraszającego wstępu, bez tłumaczenia, dlaczego pozwalasz sobie to powiedzieć. Ćwiczyć da się to na sprawach o niskiej stawce: przy wyborze restauracji, przy terminie spotkania, przy filmie na wieczór.
Kilka zdań, które nadają się na pierwszy krok:
- „Widzę to trochę inaczej, mogę powiedzieć jak?"
- pytanie zamiast kontrargumentu: „Co by się stało, gdybyśmy zrobili to odwrotnie?"
- „Zgadzam się z większością, tylko przy jednej rzeczy mam wątpliwość."
- przyznane odłożenie, nie wycofanie: „Teraz nie mam do tego głowy. Wrócimy do tego jutro wieczorem?"
Ostatnie z nich zasługuje na osobną uwagę, bo robi z uniku ruch całkowicie legalny. Różnica między „nie chcę o tym rozmawiać" a „wrócimy do tego jutro o siódmej" jest przepaścią, choć oba zdania kończą rozmowę tu i teraz. Druga wersja daje drugiej osobie informację, że temat istnieje, a tobie czas, żeby poukładać sobie, co właściwie chcesz powiedzieć. Odłożony powrót działa pod jednym warunkiem: musi naprawdę nastąpić. Dwa niedotrzymane odłożenia i zdanie traci całą wagę.
Licz się z tym, że kilka pierwszych prób będzie nieprzyjemnych nawet wtedy, gdy wyjdą dobrze. Ciało jest przyzwyczajone do natychmiastowej ulgi z uniku i teraz jej nie dostanie. Zamiast niej odezwie się przyspieszone tętno i ochota, żeby cofnąć zdanie. To dyskomfort z braku wprawy, nie sygnał, że popełniasz błąd.
Jak rozpoznać u siebie styl unikający
Styl unikający źle się obserwuje od środka, bo jego istotą jest to, że nic się nie stało. Nie zostają po nim kłótnie ani ślady, tylko rozmowy, które przebiegły gładko i o niczym. Do tego własny udział tłumaczymy sobie zwykle korzystniej, niż wyglądał: to, co było strachem przed konfliktem, przekładamy potem na wyrozumiałość.
Pomóc może spojrzenie z zewnątrz. Do tego służy nasz test stylów konfliktu: 30 pytań, mniej więcej cztery minuty, a wynikiem jest twój styl podstawowy i zapasowy oraz położenie na mapie asertywności i gotowości do współpracy. To nie diagnoza ani etykieta, raczej punkt zaczepienia, do którego można odnieść konkretne zachowania z ostatnich tygodni.
Piotr na kolejnym zebraniu powiedział jedno zdanie. Że z propozycją się zgadza, tylko przy budżecie na pierwszy kwartał ma wątpliwość. Nikt nie wyszedł od stołu, dyskusja przeciągnęła się o sześć minut, a budżet ostatecznie zmieniono w jednej pozycji. W drodze do domu zauważył, że pierwszy raz od dawna nie prowadzi w głowie rozmowy, która dawno się skończyła.

Česky
Slovensky
English
Polski
Deutsch
Español
Magyar
Italiano
Português
Nederlands