Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 24 testy w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Praca i produktywność / Popołudniowy spadek energii: skąd się bierze i co pomaga
Praca i produktywność

Popołudniowy spadek energii: skąd się bierze i co pomaga

Popołudniowy dołek przychodzi nawet bez obiadu. Sprawdź, dlaczego głowa siada koło drugiej, co działa w dziesięć minut i po której kawa kradnie noc.

Kasia pracuje w księgowości i o wpół do trzeciej po południu czyta ten sam wiersz tabeli już trzeci raz. Liczby widzi, tylko nie chcą jej zostać w głowie. Na biurku stoi trzecia kawa tego dnia i zdążyła wystygnąć, bo przez ostatnie pół godziny Kasia nawet po nią nie sięgnęła.

Ten stan ma swoją krzywą i da się go przewidzieć. Czujność nie opada od rana do wieczora równomiernie, tylko w dwóch falach: jedna przychodzi w środku nocy, druga mniej więcej siedem do dziewięciu godzin po przebudzeniu. U większości ludzi wypada gdzieś między pierwszą a czwartą po południu. Popołudniowy spadek energii nie jest więc porażką dyscypliny, tylko zaplanowanym postojem.

Dołek przychodzi nawet bez obiadu

Najczęstsze wyjaśnienie brzmi, że winne jest jedzenie. Krew idzie do żołądka, głowa zostaje bez paliwa, koniec dyskusji. Brzmi logicznie i jest tylko częścią prawdy.

Timothy Monk z University of Pittsburgh podsumował w 2005 roku badania na ten temat, a jego wniosek zaskakuje większość ludzi: spadek wydajności wczesnym popołudniem pojawia się także u osób, które w ogóle nie jadły obiadu. W eksperymentach, w których ochotnicy posiłek pomijali, uwaga siadała o tej samej porze co w biurze nad pełnym talerzem. Obiad dołka nie wywołuje. Obiad go pogłębia.

Podobnie wyglądają pomiary gotowości do zaśnięcia. Mary Carskadon i William Dement sprawdzali, jak szybko ludzie zasypiają, kiedy dostają na to okazję w laboratorium co dwie godziny. Wyszedł im wzór z dwoma szczytami: największa gotowość do snu przypada na środek nocy, druga i mniejsza na wczesne popołudnie. Pojawiła się również u osób, które miały za sobą porządnie przespaną noc.

Mechanizm opisał już w 1982 roku szwajcarski badacz Alexander Borbély. Równolegle działają dwie rzeczy: presja snu, która rośnie z każdą godziną na jawie, oraz sygnał zegara wewnętrznego, który w ciągu dnia trzyma cię na powierzchni. Ten drugi sygnał nie jest jednak przez cały dzień płaski. Wczesnym popołudniem na chwilę odpuszcza, presja snu zdążyła tymczasem urosnąć, a różnicę między nimi czujesz jako ołowiane powieki.

Że nie chodzi wyłącznie o subiektywne wrażenie, pokazują dane spoza laboratorium. Zespół Merrilla Mitlera opisał w 1988 roku, że wypadki zawinione przez samego kierowcę mają w ciągu doby dwa szczyty. Ten duży leży między drugą a szóstą nad ranem. Drugi, mniejszy i o wiele mniej oczekiwany, wypada mniej więcej między drugą a czwartą po południu.

Kultury śródziemnomorskie doszły do tego wcześniej niż laboratoria. Sjesta nie jest lenistwem ani folklorem, tylko organizacyjną poprawką do rozkładu dnia, wprowadzoną zgodnie z tym, jak działa głowa. Od setek lat trzyma się najmocniej tam, gdzie popołudniowy upał dodatkowo pogłębia dołek.

Co zamienia lekki dołek w ścianę

Podstawowy spadek ma każdy, ale jego głębokość zależy w dużej mierze od ciebie. Wpływają na nią cztery rzeczy i wszystkie masz w zasięgu ręki.

Ciężki obiad jest tą najbardziej rzucającą się w oczy. Duża porcja z przewagą szybkich węglowodanów, czyli klasyczne pierogi albo makaron z pieczywem, wypycha, a potem strąca poziom cukru we krwi dokładnie w chwili, gdy zegar wewnętrzny sam odpuszcza. Lżejszy posiłek dołka nie skasuje, ale różnicę między „trochę mi nie idzie" a „muszę się położyć" robi często sama wielkość porcji.

Druga rzecz to światło, a dokładniej jego brak. Biuro wygląda na jasno oświetlone, tylko że mierzone w luksach jest przyciemnioną jaskinią. Zwykłe oświetlenie wewnętrzne daje trzysta do pięciuset luksów, podczas gdy na dworze nawet przy zachmurzonym niebie zmierzysz kilka tysięcy. Zegar wewnętrzny czyta światło jako główną informację o porze dnia, a w jaskini nikt mu nie przypomina, że jest wpół do trzeciej.

Źle przespana noc przesuwa dołek z kategorii niedogodności do takiej, w której głowa sama się wyłącza. Presja snu startuje bowiem rano z wyższego poziomu, więc popołudniowy spadek zaczyna się z gorszej pozycji. Kto spał pięć godzin, nie ma po południu słabszej woli. Ma większy niedobór snu. Niemiecki chronobiolog Till Roenneberg ma na to trafny obrazek: spora część ludzi w każdy weekend przelatuje kilka stref czasowych, a w poniedziałek wraca z powrotem, nie ruszając się z miejsca.

Ostatnia pozycja to bezruch. Dwie godziny na krześle bez ani jednego wstania potrafią położyć nawet kogoś, kto się wyspał i zjadł rozsądny obiad. Ciało bez ruchu odczytuje sytuację jako przygotowanie do odpoczynku i zachowuje się zgodnie z tym.

Co działa w ciągu dziesięciu minut

Większość rad na popołudniowe zmęczenie kończy się na kawie. Ta ma swoje zasady i przyjdą za chwilę, najszybsze dźwignie leżą jednak gdzie indziej.

Dziesięć minut na dworze. To nie jest spacer dla zdrowia, to dawka światła. Dziesięć minut na zewnątrz daje oczom rząd wielkości więcej światła niż godzina przy oknie w biurze typu open space, a zegar wewnętrzny reaguje na to praktycznie od razu. Kiedy pogoda jest paskudna, pomoże chociaż to, że usiądziesz bezpośrednio przy oknie i podniesiesz głowę znad telefonu.

Ruch po obiedzie działa z innego powodu. Dziesięć do piętnastu minut marszu po jedzeniu łagodzi ten gwałtowny spadek poziomu cukru, który przychodzi jakąś godzinę po dużym talerzu. Bonus jest taki, że przy okazji zwykle dostajesz też tamto światło.

Co za to niezawodnie nie działa, to słodka przekąska. Batonik o trzeciej podnosi poziom cukru na jakieś dwadzieścia minut, a potem zsyła cię o piętro niżej, niż byłeś wcześniej. Owoc z garścią orzechów wytrzyma znacznie dłużej, bo ciało uwalnia z niego energię wolniej.

Trzecia dźwignia nic nie kosztuje, a mimo to bywa używana najrzadziej: zmień rodzaj pracy. Godzina, w której nie myślisz, jest zła na pisanie oferty, a świetna na fakturowanie, na uporządkowanie skrzynki albo na telefon, który odkładasz od poniedziałku. Kiedy myślenie idzie ci najlepiej, a kiedy warto sięgnąć po rutynę, omawia dokładniej tekst o dobowych wahaniach wydajności.

I woda. Brzmi jak frazes z magazynu, tyle że lekkie odwodnienie objawia się dokładnie tym, co po południu nazywasz zmęczeniem: gorszą koncentracją i ciężarem w głowie. Szklanka wody kosztuje piętnaście sekund. Jeśli za dwadzieścia minut nic się nie zmieni, przynajmniej wykluczyłeś najprostszą przyczynę.

Dwadzieścia minut, które przerzucają most nad dołkiem

Krótka drzemka to jedyna rzecz z listy, która spadku nie omija, tylko naprawdę go skraca. Dziesięć do dwudziestu minut wystarczy, żeby czujność wróciła na używalny poziom, a jednocześnie nie zdążysz osunąć się w głęboki sen, z którego człowiek budzi się połamany.

Różnica między dwudziestoma minutami a godziną jest w tym przypadku różnicą między narzędziem a kłopotem. Dłuższy sen po południu obniża presję snu na tyle, że wieczorem wróci to przy zasypianiu. Jak zaplanować drzemkę w czasie i co robić, gdy nie zasypiasz, wyjaśnia osobny artykuł o krótkim popołudniowym śnie.

Kawa o drugiej i kawa o czwartej to nie to samo

Kofeina blokuje receptory adenozyny, czyli substancji, która gromadzi się w ciągu dnia i melduje mózgowi, że już wystarczy. Zmęczenia nie usuwa, tylko na jakiś czas wyłącza jego komunikat. Adenozyna tymczasem zbiera się dalej i po ustąpieniu kofeiny odzywa się naraz.

Istotna jest jedna liczba, którą mało kto zna. Okres półtrwania kofeiny wynosi u dorosłego mniej więcej pięć do sześciu godzin. Jeśli wypijesz o piątej po południu dużą kawę, o jedenastej wieczorem masz w organizmie wciąż połowę dawki. Christopher Drake z zespołem podał w 2013 roku ochotnikom kofeinę sześć godzin przed snem i zmierzył skrócenie snu o ponad godzinę. Sami uczestnicy twierdzili przy tym, że kawa nie ma na nich żadnego wpływu.

Praktyczny wniosek jest prosty. Kofeina wczesnym popołudniem, powiedzmy do pierwszej albo do drugiej, realnie łagodzi dołek i do wieczora zdąży się z ciała wypłukać. Kawa po czwartej z reguły kradnie kawałek dzisiejszej nocy, co pogłębia jutrzejszy dołek, i koło zaczyna się kręcić samo.

Rolę gra też to, która to filiżanka. Kto pije pięć kaw dziennie, ma poziom kofeiny rozłożony na cały dzień i wieczorem nie spada on nigdy zupełnie do zera. Poranna kawa wtedy właściwie nie budzi. Uzupełnia tylko to, czego w ciele brakuje od wczoraj, a przeciw popołudniowemu dołkowi rezerwy zostaje już niewiele.

Kasia spędziła w tym kole trzy lata. Trzecia kawa o drugiej, czwarta o piątej, zasypianie po północy, rano budzik. Kiedy przesunęła ostatnią kawę na pierwszą i zamiast tej popołudniowej zaczęła wychodzić na dziesięć minut za budynek, zmęczenie nie zniknęło. Skróciło się jednak do jakiegoś pół godziny i przestało jej zabierać całe popołudnie.

Planuj razem z dołkiem, nie przeciwko niemu

Najpożyteczniejsza rzecz, jaką da się zrobić z popołudniowym spadkiem, to nie pokonać go. To uwzględnić go w kalendarzu.

Narada, na której decyduje się o pieniądzach albo o kierunku projektu, należy do przedpołudnia. O drugiej po południu siedzi wokół stołu grupa ludzi z najgorszą uwagą tego dnia i po decyzjach, które tam zapadają, to widać. Na drugą pasują natomiast rzeczy, których się nie rozstrzyga, tylko robi: krótki status albo praca we dwie osoby nad czymś konkretnym.

Co masz jutro w kalendarzu o drugiej po południu? Zerknij na to teraz, nie dopiero jutro. Jeśli stoi tam coś, co wymaga świeżej głowy, masz cały dzisiejszy dzień, żeby to przesunąć.

Za dołkiem czeka w dodatku nagroda, o której mówi się niewiele. Gdy tylko spadek minie, u większości ludzi przychodzi druga fala czujności i bywa zaskakująco dobra na skupioną pracę. Kto próbuje przebić dołek siłą, dociera do tej fali wyczerpany i marnuje ją na drogę do domu.

Do gry wchodzi jeszcze indywidualne przesunięcie. Dołek nie przychodzi wszystkim o tej samej godzinie, bo wiąże się z porą przebudzenia i z tym, gdzie na osi skowronek, gołąb i sowa stoisz.

ChronotypKiedy dołek zwykle przychodziJak według tego planować
Skowronek (ranny)orientacyjnie 13:00 do 14:30wymagające myślenie zostaw na przedpołudnie, po obiedzie rutyna i światło
Gołąb (pośredni)orientacyjnie 14:00 do 15:30druga fala skupienia bywa około czwartej, zaplanuj na nią to ważne
Sowa (wieczorny)orientacyjnie 15:00 do 17:00przedpołudniem administracja, trudne zadania dopiero na późne popołudnie

Druga rzecz, która się do tego wtrąca, to stabilność rytmu. Kto ma stały rytm, ten miewa dołek jak w zegarku codziennie o tej samej porze i przy planowaniu tygodnia można na tym polegać. Kto ma rytm elastyczny, czuje popołudnie za każdym razem trochę inaczej i bardziej niż sztywne reguły pomoże mu własny zapis z ostatnich dwóch tygodni.

Jeśli nie wiesz, gdzie na tej osi jesteś, orientację da ci w kilka minut test chronotypu. Czym zegar wewnętrzny właściwie jest, jak chronotyp zmienia się w ciągu życia i dlaczego nie da się go przeprogramować wolą, omawia podstawowy tekst o chronotypach.

Jutro o drugiej po południu stanie się jedna z dwóch rzeczy. Albo będziesz trzeci raz czytać ten sam wiersz i w duchu na siebie narzekać, albo spędzisz dziesięć minut na dworze i po powrocie sięgniesz po coś, co genialnego pomysłu nie potrzebuje. Różnica między tymi dwoma popołudniami rozstrzyga się dziś, kiedy przeglądasz kalendarz na jutro.

Polecany test

Wypróbuj Test chronotypu

Ranny ptaszek czy nocna sowa? Kiedy masz energię i jak stały jest Twój rytm.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Praca i produktywność

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności