Bez rejestracji

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość i jaki zawód do Ciebie pasuje

Sprawdź w 5 minut, jaką masz osobowość.

Gotowe w kilka minut · 21 testów w jednym miejscu

Gotowe w kilka minut · 21 testów w jednym miejscu

Strona główna / Poradniki / Psychologia i dobrostan / Zawsze mieć rację: dlaczego wygrana kłótnia kosztuje
Psychologia i dobrostan

Zawsze mieć rację: dlaczego wygrana kłótnia kosztuje

Dlaczego potrzeba zawsze mieć rację wygrywa spór i psuje wieczór, co za nią stoi, kiedy warto postawić na swoim i jak wyjść z trybu punktów.

Marek miał rację. Ta restauracja faktycznie zamknęła się już w maju, a zdjęcie w telefonie udowodniło to w dziesięć sekund. Kasia spojrzała na ekran, powiedziała „no dobra, masz rację", i reszta kolacji minęła w tej uprzejmej ciszy, w której ludzie pytają, czy chcesz jeszcze wody.

Spór o fakt zakończył się jasnym wynikiem. Wieczór też.

Jak wygrać kłótnię i zepsuć sobie wieczór

Każda różnica zdań toczy się jednocześnie na dwóch poziomach. Na wierzchu jest treść: kto co powiedział, kiedy ta restauracja się zamknęła, ile kosztowała naprawa auta. Pod spodem pracuje poziom relacji, który pyta o coś zupełnie innego. Traktujesz mnie poważnie? Liczę się dla ciebie?

Wygrana na wierzchu nie załatwia tego, co pod spodem. Najczęściej wręcz pogarsza sprawę, bo jedno z dwojga właśnie dostało dowód, że jego wersja rzeczywistości się nie obroniła, i to od osoby, na której uznaniu zależy mu najbardziej.

Pytanie, jak wygrać kłótnię, jest więc źle postawione już na starcie, choć brzmi praktyczniej niż wszystko inne. Wygrać można spór o budżet albo o termin dostawy. Kłótnia dwojga ludzi, którzy jutro nadal będą mieszkać razem, nie ma zwycięzcy. Ma tylko tego, kto powiedział ostatnie zdanie, i tego, kto to zapamiętał.

Różnica w tym, co każde z nich wynosi z takiego wieczoru, bywa większa, niż się wydaje. Zwycięzca po tygodniu pamięta głównie to, że miał rację, a sam spór zlewa mu się z innymi kolacjami. Ta druga osoba nie pamięta ani maja, ani czerwca. Pamięta ton głosu i moment, w którym ekran obrócił się w jej stronę.

Ciszę, która zapada po wygranej, łatwo pomylić ze zgodą. Zwykle jest to jednak wycofanie. Druga osoba nie uznała, że się myliła. Uznała, że tej rozmowy nie ma już sensu ciągnąć dalej.

Co się kryje za potrzebą zawsze mieć rację

Z zewnątrz potrzeba racji wygląda jak zamiłowanie do precyzji. W środku prawie zawsze chodzi o coś innego. Prawda splata się w niej z tożsamością tak ciasno, że przegrany spór przestaje znaczyć „pomyliłem się w jednym szczególe", a zaczyna znaczyć „jestem mniej wart".

Leon Festinger opisał w 1957 roku dysonans poznawczy: nieprzyjemne napięcie, które powstaje, gdy w jednej głowie spotykają się dwa sprzeczne przekonania. Umysł nie rozładowuje tego napięcia uczciwym ważeniem dowodów, tylko tak, żeby jak najszybciej go ubyło. A najtańsza droga wyjścia prowadzi przez podważenie tego, co napięcie wywołało, czyli przez drugiego człowieka i jego argument.

Stąd to dziwne poczucie, że pogląd jest terenem, którego się broni. To nie jest metafora, którą ktoś wybiera świadomie. Ona po prostu się pojawia, kiedy ktoś podważa coś, co powiedziałeś na głos, a ciało reaguje szybciej niż rozum: przyspieszony oddech, ciepło na twarzy, ochota, żeby wejść w słowo.

Raymond Nickerson podsumował w 1998 roku badania nad efektem potwierdzenia, czyli skłonnością do szukania informacji zgodnych z tym, co już myślimy, i przypisywania im większej wagi. Najciekawsze w tym przeglądzie jest to, że mechanizm nie potrzebuje ani złej woli, ani interesu w wyniku. Działa też w sporach, na których zupełnie ci nie zależy, i działa poza świadomością. Nie dobierasz dowodów specjalnie, one po prostu wydają ci się trafniejsze.

W zwykły dzień ta potrzeba objawia się drobiazgami, nie wielkimi scenami. Poprawieniem daty, o które nikt nie prosił. Wtrąceniem „właściwie nie, to było w czwartek" w środku cudzej opowieści. Z osobna każda taka korekta jest niewinna i merytorycznie słuszna. Razem wysyłają jednak komunikat, którego nikt nie zamierzał wysłać: tutaj pilnuje się dokładności i nieścisłość się nie schowa.

Do tego dochodzi strach przed utratą szacunku. W rodzinach i w zespołach często przekazuje się ciche równanie: kto ustąpi, ten jest słabszy. Kto wyniósł je z dzieciństwa, odbiera nawet drobne przyznanie się do błędu jak uchylone drzwi, którymi zacznie wychodzić powaga.

Przypomnisz sobie ostatni spór, który jednoznacznie wygrałeś? A wiesz, co myśli o nim dzisiaj ta druga strona?

Kiedy warto postawić na swoim

Rywalizacja to jeden z pięciu sposobów, w jakie ludzie radzą sobie z konfliktem. Model dual-concern, na którym budowali Blake i Mouton, a później Pruitt i Rubin, układa je według dwóch niezależnych osi: ile uwagi poświęcasz własnym interesom, a ile interesom drugiej strony. Rywalizacja zajęła róg z wysoką asertywnością i niską kooperatywnością. Własny cel idzie pierwszy, interesy drugiej strony załatwia się potem, jeśli w ogóle.

W tym modelu istotne jest to, że żadnej z tych pięciu pozycji nie uznaje za złą. Każda jest odpowiedzią na inny typ sytuacji. Są chwile, w których miękkie podejście jest wprost nieodpowiedzialne:

  • decyzje kryzysowe, gdzie spóźniona zgoda kosztuje więcej niż szybki błąd
  • nieuczciwa presja: ustąpić znaczy tylko przesunąć poprzeczkę i negocjować od nowa
  • obrona wartości, której nie chcesz rozwodnić kompromisem
  • ktoś w pokoju, kto akurat sam się nie obroni
  • termin, po którym decyzja traci sens

Świadome postawienie na swoim ma dwie cechy, których rywalizacji na autopilocie brakuje. Sięgasz po nie celowo i potrafisz powiedzieć, dlaczego akurat teraz. I umiesz z tego wyjść, gdy tylko sytuacja mija, więc po zażegnanym kryzysie wraca pytanie, czego potrzebuje druga strona. Autopilot nie umie ani jednego, ani drugiego, bo niczego nie wybiera.

Kłopot nie zaczyna się więc od tego, że umiesz postawić na swoim. Zaczyna się w chwili, gdy rywalizacja staje się jedynym narzędziem pod ręką i sięgasz po nie także w sporze o to, czy restauracja zamknęła się w maju, czy w czerwcu. Poszczególne style rozwiązywania konfliktów różnią się nie tym, który z nich jest milszy, ale tym, do jakiej sytuacji pasują.

Co ciągłe wygrywanie robi z relacjami

Pierwszy skutek jest prawie niewidoczny: ludzie wokół ciebie przestają nie zgadzać się na głos. Sprzeciw nie znika, tylko przenosi się do kuchni, do wiadomości wysłanej komuś innemu, do zdania „wszystko jedno, ty zdecyduj". Ty masz poczucie spokoju. W rzeczywistości straciłeś dane wejściowe.

I tu logika odwraca się w nieprzyjemny sposób: im pewniej wygrywasz, tym gorsze informacje do ciebie docierają. Kolega nie przyniesie zastrzeżenia, o którym z góry wie, że rozłożysz je na czynniki pierwsze. Partnerka nie powie, co jej przeszkadza w planie, bo bronienie tego kosztowałoby więcej energii niż cały ten weekend. Decydujesz potem pewnie, ale na podstawie przefiltrowanego obrazu.

Kasia przestała wiosną komentować wspólne plany. Nie pokłócili się o to, żadnej sceny nie było. Po prostu na pytanie, dokąd jadą w sierpniu, zaczęła odpowiadać „wybierz ty, i tak masz to lepiej rozeznane". Marek jeszcze przez kilka miesięcy brał to za wyraz zaufania.

Drugi skutek to powtarzalność. Wygrane kłótnie wracają innymi drzwiami, bo treść została zamknięta, a poziom relacji został nierozliczony. Spór o restaurację wróci za trzy tygodnie jako zdanie o tym, kto ostatnio wybierał wakacje, a za miesiąc jako uwaga przy zmywaniu. Kto dłużej obserwuje kłótnie w związku, zauważa, że wciąż krążą wokół dwóch, trzech tematów przebranych w różne kostiumy.

Jak wyjść z trybu liczenia punktów

Tryb liczenia punktów zdradza jeden objaw: kiedy drugie mówi, ty składasz odpowiedź. Nie słuchasz treści, zbierasz słabe punkty. Rozmowa zmienia się przez to w przeciąganie liny o ostatnie słowo, choć pierwotnym tematem był wybór restauracji.

Najprostszym hamulcem jest pytanie, które zadajesz sobie w środku kłótni: chcę mieć rację czy chcę, żeby to działało? Czasem wygrywa pierwsza możliwość i to jest uprawniona odpowiedź. Różnica polega na tym, że ją wybrałeś, zamiast w nią wpaść.

Drugi ruch to ciekawość zamiast obrony. Nie chodzi o technikę aktywnego słuchania z przytakiwaniem, tylko o prawdziwe pytanie, co prowadzi drugą osobę do jej stanowiska i co jej najbardziej przeszkadza w twoim. Ciekawość ma praktyczną zaletę: dopóki pytasz, nie możesz jednocześnie bronić pozycji, a napięcie ze sporu ma gdzie spłynąć.

Trzecia rzecz wygląda na ustępstwo, a jest jego przeciwieństwem. Przyznanie drugiej stronie małego kawałka racji, to jedno zdanie „tu masz rację", kosztuje mniej, niż się wydaje, i zwykle podnosi wagę twoich argumentów. Wypadasz bowiem jak ktoś, kto argumenty waży, a nie jak ktoś, kto je odbija. Z takim człowiekiem ludzie o wiele chętniej się nie zgadzają.

Pomaga też oddzielenie faktu od znaczenia. „Restauracja zamknęła się w maju" to dana, którą da się sprawdzić. „Nigdy mnie nie słuchasz" to skarga na poziom relacji i zdjęciem w telefonie się jej nie obali. Kiedy te dwa plany się zlewają, kłócisz się o kalendarz, a mówisz o czymś zupełnie innym.

Własne ustawienie odsłania spojrzenie wstecz na ostatnie trzy różnice zdań: kto w nich ustąpił, o czym naprawdę była mowa i jak długo trwało, zanim temat wypłynął ponownie. Bardziej uporządkowane spojrzenie z zewnątrz daje nasz test stylów konfliktu: 30 pytań, jakieś cztery minuty, a wynikiem jest styl główny i uzupełniający oraz twoje miejsce na mapie asertywność × kooperatywność. Służy poznaniu siebie, nie przyklejaniu etykiet.

Kiedy następnym razem sięgniesz po telefon, żeby coś udowodnić, zostaw go pół minuty dłużej na stole i zauważ, co w tej chwili czujesz. Bywa to napięcie, które chce jak najszybciej zniknąć. Zdjęcie z godzinami otwarcia jest tylko najszybszą drogą wyjścia.

Polecany test

Wypróbuj Test stylów rozwiązywania konfliktów

Dowiedz się więcej o sobie - test jest darmowy, a wyniki otrzymasz od razu.

Rozpocznij test

Więcej artykułów w kategorii Psychologia i dobrostan

Używamy plików cookie

Niezbędne pliki cookie odpowiadają za logowanie i płatności. Za Twoją zgodą mierzymy też ruch na stronie, aby wiedzieć, co ulepszyć. Polityka prywatności