Paweł od czterech lat pracuje w biurze rachunkowym. Praca mu nie przeszkadza, ludzie są w porządku, pensja przychodzi na czas. Zgrzyt pojawił się w niedzielę wieczorem, kiedy siostra zapytała go, co by robił, gdyby mógł wybrać cokolwiek. Nie powiedział nic. Nie dlatego, że wahał się między dwiema opcjami. Nie przyszła mu do głowy ani jedna.
Ta cisza przestraszyła go bardziej niż sama praca. Gdyby wiedział, czego chce, miałby problem, który da się rozwiązać. A tak zostało mu tylko poczucie, że coś się zepsuło, i podejrzenie, że to jego wina.
Zdanie „nie wiem, co chcę robić w życiu” wygląda na jedno pytanie. Kryją się za nim jednak trzy całkiem różne sytuacje i każdą rozplątuje się inaczej.
Dlaczego „nie wiem” to nie lenistwo
Pierwszy wariant brzmi „nic nie przychodzi mi do głowy”. Zwykle stoi za nim to, że nikt nie zapytał w sposób, na który da się odpowiedzieć. Pytanie „co chcesz robić” jest ogromne. Odpowiedź ma naraz zawierać branżę, środowisko, ludzi i pieniądze, więc głowa woli nie wydać z siebie nic. Rozłóż je na mniejsze pytania, a odpowiedzi się pojawią.
Drugi wariant jest dokładnie odwrotny: możliwości jest za dużo. Barry Schwartz w 2004 roku opisał, że wraz z liczbą opcji rośnie niezadowolenie z tej wybranej, bo każda decyzja oznacza zarazem rezygnację ze wszystkiego innego. Kto umie trzy rzeczy i przeczyta o dwudziestu branżach, nie ma za mało zainteresowań. Ma ich tyle, że nie da się w nich połapać.
Trzeci wariant jest najcichszy. Odpowiedź istnieje, tylko nie pada na głos, bo nie pasuje do życia, które już się toczy: pięć lat studiów, kredyt hipoteczny, teść, który przy obiedzie pyta o awans. Zamiast „chcę uczyć” z ust wychodzi „nie wiem”. Tak jest bezpieczniej i brzmi skromniej.
Kiedy ostatnio udało Ci się powiedzieć na głos, co by Cię ciekawiło, bez dodawania od razu, dlaczego to niemożliwe?
Żaden z tych trzech wariantów nie jest lenistwem. Leniwy człowiek nie leży w niedzielę w łóżku, rozmyślając nad tym pytaniem. Chodzi raczej o zablokowaną orientację, w której brakuje mapy, a nie motywacji. I nie męczy to wcale tylko dziewiętnastolatków; kto zastanawia się, co po maturze, ma przynajmniej towarzystwo równie zagubionych znajomych z klasy. W wieku dwudziestu ośmiu lat człowiek zostaje z tym pytaniem zwykle sam i do tego ma co stracić.
Zainteresowania, umiejętności i wartości: trzy rzeczy, które się mylą
Większość zablokowanych rozważań o karierze miesza ze sobą trzy różne rzeczy. Kiedy się je rozdzieli, sensu nabierają nawet odpowiedzi, które wcześniej wyglądały na sprzeczne.
| Co to jest | Pytanie, które sobie zadajesz | Typowy błąd |
|---|---|---|
| Zainteresowania | Czym się zajmuję, nawet kiedy nikt mi tego nie zleca? | Że zainteresowanie to hobby. Zainteresowanie to rodzaj czynności, a nie konkretna pasja. |
| Umiejętności | Co mi wychodzi i z czym przychodzą do mnie ludzie? | Że skoro coś mi wychodzi, to chcę to robić. Pawłowi świetnie idą tabele, o jego ochocie nie mówi to nic. |
| Wartości | Czego nie oddam nawet za dobrą pracę? | Że pewność i swobodę da się mieć naraz. Zwykle jedna musi wygrać. |
Najwięcej szkody robi środkowy wiersz. Umiejętność buduje się latami i wytwarza wokół siebie oczekiwania: kto jako jedyny w zespole umie naprawić zepsuty arkusz, będzie go naprawiać, dopóki nie odejdzie. Kompetencja karmi się sama sobą i po pewnym czasie zaczyna wyglądać jak zawód, choć nikt jej nigdy nie wybrał.
Wartości wplatają się w decyzję mniej widocznie. Kto chce przede wszystkim przewidywalnych wieczorów i spokoju, nie wybiera między branżami, tylko między trybami pracy. Zainteresowania decydują, co będziesz robić. Wartości decydują, na jakich warunkach da się to znieść.
Krok 1: inwentaryzacja tygodnia zamiast wspominania
Siedem dni, dwie kolumny, wieczorem dwa zdania. Do pierwszej kolumny trafia moment, w którym czas przestał się liczyć. Do drugiej ten, w którym zerkało się na zegarek. Bez cenzury i bez względu na to, czy chodziło o pracę; spokojnie może się tam znaleźć skręcanie mebli albo tłumaczenie czegoś koledze na korytarzu.
Mihaly Csikszentmihalyi opisał w 1990 roku stan pełnego zaangażowania w czynność, w którym uwagę trzyma samo zadanie, a czas się kurczy. Przy tym ćwiczeniu ma on praktyczną zaletę: zauważasz go na bieżąco i nie musisz go oceniać.
Wspominanie po fakcie działa bowiem marnie. Kiedy w niedzielę zadajesz sobie pytanie, co Cię w tym tygodniu ciekawiło, głowa zamiast zapisu tworzy opowieść, a ta zależy od nastroju tego wieczoru. Tydzień zapisywania daje inny obraz niż tydzień wspominania tego samego.
Po siedmiu dniach szukasz wspólnego mianownika, i to na właściwym poziomie ogólności. Nie „tabela reklamacji”, tylko „znaleźć, gdzie liczby się nie zgadzają, i dojść dlaczego”. Nie „spotkanie z działem sprzedaży”, tylko „wytłumaczyć rzecz tak, żeby druga strona ją zrozumiała”. Tak opisane zainteresowanie da się przenieść do innej branży, nazwy konkretnego zadania nie.
Krok 2: test, który nazwie zainteresowania
Z inwentaryzacji wychodzi surowy materiał, któremu brakuje języka: sposobu, żeby mówić o zainteresowaniach z kimś innym niż ze sobą. Najpopularniejszy taki język stworzył amerykański psycholog John Holland w 1959 roku, a w 1997 roku doprowadził go do postaci, z którą pracuje dziś większość doradców zawodowych: sześć typów zainteresowań, realistyczny (R), badawczy (I), artystyczny (A), społeczny (S), przedsiębiorczy (E) i konwencjonalny (C).
Czysty typ to rzadkość, dlatego wynik zapisuje się jako trzy litery. Informację niesie przede wszystkim ich kombinacja. Typ badawczy z konwencjonalnym na drugim miejscu chce grzebać w danych i mieć w nich porządek. Badawczy ze społecznym chce tego samego, ale potem komuś wynik wytłumaczyć.
Bardziej ciekawi Cię szukanie, dlaczego liczby się nie zgadzają, czy pilnowanie, żeby się zgadzały? Na tak konkretne pytania odpowiada się dużo łatwiej niż na puste „co chcę robić” i właśnie z nich składa się darmowy test predyspozycji zawodowych: przy każdej czynności zaznaczasz na skali, jak bardzo by Cię ciekawiła. Zajmuje to kilka minut, a po odblokowaniu wyniku dostajesz trzyliterowy kod Hollanda i przegląd zawodów, w których dobrze odnajdują się ludzie o podobnym profilu.
Czego z wynikiem nie robić: czytać go jak wyroku. To mapa, nie odpowiedź, a zawody w wyniku są kandydatami, którym warto się przyjrzeć. Kto czeka na zdanie „to jest to”, będzie rozczarowany, nawet po dziesięciu testach z rzędu.
Jednej rzeczy nikt się po teście zainteresowań nie spodziewa. Nye z zespołem w 2012 roku przeanalizowali dziesiątki badań nad związkiem zainteresowań z wynikami w pracy. Związek z wynikami wyszedł umiarkowany, wyraźniejszy był przy tym, czy człowiek w danej dziedzinie zostaje. Zainteresowanie nie jest więc obietnicą, że będzie Ci szło. Jest raczej prognozą, czy wytrwasz przy tym dość długo, żeby zaczęło iść.
Paweł spodziewał się litery C, bo pracuje w księgowości. Wyszło mu ICR, z typem badawczym na pierwszym miejscu. Rachunkowości nie wybrał dla porządku w liczbach, tylko dlatego, że lubił dochodzić, gdzie bilans się rozjeżdża. Tej części ma w pracy może godzinę w tygodniu.
Krok 3: trzy rozmowy z ludźmi, którzy to robią
Herminia Ibarra w 2003 roku obserwowała ludzi zmieniających branżę i jeden wzór powtarzał się u nich stale: nowe wyobrażenie o pracy nie powstało przy biurku. Powstało przez próbowanie i kontakt z ludźmi, którzy w danej branży żyją, i dopiero na tej podstawie ludzie wybierali.
Trzy rozmowy po dwadzieścia minut zrobią więc więcej niż trzy wieczory czytania o zawodzie. Pytaj konkretnie:
- Jak wyglądało dziś twoje przedpołudnie w pracy? Nie ogólnie, na czym ta praca polega, tylko co było dzisiaj.
- Co jest w tym najgorsze i czego nie da się zmienić?
- Kto się w tym nie męczy, a kto odchodzi po roku?
Pytanie, którego lepiej nie zadawać, brzmi „czy to jest zawód dla mnie?”. Odpowiedź na nie bywa grzecznościowa i nie da się z nią pracować. Rozmówców szukaj przez znajomych, absolwentów swojej szkoły albo grupy branżowe w sieci. Większość ludzi chętnie mówi o swojej pracy, kiedy widzi, że to nie prośba o posadę.
Pawłowi z rozmów wyszły dwie rzeczy naraz. Monika, analityczka danych, opisała mu dzień, w którym przez trzy godziny czyściła dane, i jemu nie zabrzmiało to jak kara, raczej jak spokojne popołudnie. Bartek z audytu mówił za to głównie o wyjazdach i spotkaniach u klientów, a to Pawłowi nie pasowało ani trochę. Dwa zawody z tej samej rodziny, dwie różne odpowiedzi.
Krok 4: mały eksperyment, nie skok
Rozmowa to wciąż opis z drugiej ręki. Własne doświadczenie zaczyna się dopiero przy pierwszym popołudniu, kiedy samemu się to robi. Użyteczny eksperyment ma trzy cechy: jest tani, ma koniec i ma pytanie postawione z góry.
- weekendowy albo krótki kurs online z efektem, który ktoś zobaczy
- dzień obserwacji u jednego z rozmówców
- małe zlecenie albo dorywcza praca obok głównej
- pomoc innemu działowi albo kilkutygodniowe przesunięcie wewnątrz firmy
- wolontariat tam, gdzie robi się to, co rozważasz
Pytanie z góry to część, którą ludzie pomijają najczęściej. „Spróbuję i zobaczę” kończy się wrażeniem, które po miesiącu wyparowuje. „Chcę sprawdzić, czy po ośmiu godzinach w danych dalej ciekawi mnie grzebanie w nich” to pytanie, na które istnieje odpowiedź, i rozpoznasz ją, kiedy przyjdzie.
Koniec ustalony z góry chroni przed odwrotnym błędem. Jeden fatalny dzień nie dowodzi niczego, dwa miesiące z pięcioma fatalnymi dniami już coś sugerują. Bez sztywnych ram eksperyment urywa się po pierwszym niepowodzeniu albo ciągnie się latami i robi się z niego druga praca. Kto wchodzi w tę fazę na całego, znajdzie kolejne pomysły w poradniku o tym, jak znaleźć pracę, którą lubisz.
Paweł wziął na dwa miesiące wewnętrzne raportowanie, którego nikt nie chciał. Wyszedł z niego z odkryciem, że ciekawi go ta część, w której szuka się błędu, a nudzi ta, w której gotowy wynik formatuje się do prezentacji. Obie informacje są cenniejsze niż jakiekolwiek wyobrażenie o analizie danych.
Krok 5: decyzja na rok, nie na całe życie
W tym miejscu większość ludzi czeka na pewność, która nie nadchodzi. Poczucie „to jest to” zwykle nie poprzedza decyzji, raczej przychodzi po pół roku robienia czegoś, co wyglądało na przyzwoity strzał. Dlatego decyduje się na rok: to dość długo, żeby się czegoś nauczyć, i dość krótko, żeby nie był to wyrok dożywocia.
Zapisz z góry trzy rzeczy: czego spróbujesz, po czym poznasz, że idzie dobrze, i kiedy do tego wrócisz. Kryterium ma być obserwowalne, nie odczuwane. „Będzie mi lepiej” nie da się ocenić, „skończę dwa projekty i będę wiedzieć, czy chcę trzeci” już tak. Datę przeglądu wpisz do kalendarza od razu, inaczej zawsze przesunie się o miesiąc.
„Nawet po roku nie wiem” to też wynik. Zwykle oznacza jedno z dwojga: eksperyment był za mały, żeby coś pokazać, albo wybierało się między opcjami, które za mało się od siebie różnią. Jeśli wniosek nie pojawi się i za drugim razem, warto zaprosić kogoś z zewnątrz. Bezpłatnie pomagają doradcy zawodowi w urzędach pracy, a co daje taka rozmowa i jak ją wykorzystać, opisuje poradnik o tym, jak pracuje doradca zawodowy.
Paweł po roku nie zmienił branży. Przeszedł w firmie do kontroli i analizy danych, co z zewnątrz wygląda na drobiazg, a od środka na inną pracę. Na pytanie siostry odpowiada dziś dwoma zdaniami. Nie dlatego, że wpadł na odpowiedź w niedzielę wieczorem, tylko dlatego, że przez siedem dni zapisywał, kiedy patrzył na zegarek.
Kiedy za „nie wiem” kryje się coś innego
Jest jeden wyjątek, przy którym nie warto przepychać tej metody na siłę. Kiedy brakuje ochoty nie tylko do pracy, ale też do rzeczy, które kiedyś cieszyły, i trwa to tygodniami; kiedy dochodzi do tego zły sen, zmęczenie od rana i wycofanie się z kontaktów z ludźmi, to nie jest kwestia wyboru zawodu. Wypalenia ani depresji nie rozwiązuje test zainteresowań.
To nic rzadkiego ani nic, co trzeba przeczekać; lekarz rodzinny albo psycholog to pierwszy rozsądny krok. Kiedy ochota, żeby czegoś chcieć, wróci, te pięć kroków na Ciebie poczeka.
Różnicę między jednym a drugim poznasz po jednym pytaniu: brakuje Ci odpowiedzi czy chęci, żeby jej szukać?
